Stało się, byłem pierwszy raz w Holandii w teatrze :) Niedawno pisałem o mającym się tutaj odbyć przedstawieniu teatralnym o Polsce i Polakach pod tytułem "Oh Polsko". Do dość małej sali miejscowego teatru przyszło około 60 osób (może więcej), z czego chyba połowę stanowili Polacy. Sztuka była nietypowa, ponieważ tak naprawdę opowiadała o przygotowaniach do innego przedstawienia ("Pokojówki" Jeana Geneta). Większość tekstów była po angielsku, wystąpieniom po polsku towarzyszyły napisy po niderlandzku. Było śmiesznie, nie powiem, za to przez cały czas zastanawiałem się, jak to odbiorą Holendrzy, których tam trochę było. Na początku się śmiali, potem trochę mniej, szczególnie po żarcie: "- Jak poznać, że przekroczyło się granicę holenderską? - Po tym, że nie można odróżnić kobiety od krowy". Był to dość mocny dowcip, ale reżyserem był Holender, więc miałem nadzieję, że wiedział, na ile może sobie pozwolić.
Miejscami było też trochę żenadnych momentów, kiedy aktorzy na slajdach pokazywali swoje rodziny i miejsca, w których się wychowali. Dlaczego żenadnych? Bo trochę utrwalały stereotypy Polski jako kraju brzydkiego, biednego i pełnego szarych ludzi. Choć może rzeczywiście prawdziwa Polska taka jest? Albo to czarno-białe slajdy, niektóre chyba jeszcze z czasów komuny, przywołały takie skojarzenia?
Dwójka aktorów miała być pracownikami sezonowymi i opowiadała o swoim świecie, z którym ja się do końca nie mogłem identyfikować, bo mam innego rodzaju pracę i całkiem inne problemy, ale kilka obserwacji było ciekawych. Według reżysera (albo aktorów?) Polacy na obczyźnie często się nie lubią, bo w drugim Polaku widzą, jak w lustrze, swojeo dbicie, swoje cechy, które nienawidzą, które chcą zmienić, ale od których nie ma na obczyźnie ucieczki.
No dobra, koniec filozofowania. Po przedstawieniu część miejscowej Polonii (o matko, jak to brzmi) udała się do knajpy podyskutować. Zdania były szczególnie podzielone co do tego, czy aktorzy rzeczywiście byli prawdziwymi pracownikami sezonowymi, amatorami złowionymi przez reżysera. Niektórzy dali się na to nabrać, szczególnie że angielski dwójki aktorów czasem raził bardzo sztucznym akcentem. Ja jednak dobrze poznałem po ich grze, dobrych donośnych głosach i prawidłowej dykcji, że to byli profesjonaliści :) Najbardziej żałuję, że nie udało mi się z żadnym z Holendrów porozmawiać o tym, jak oni odebrali to oryginalne przedstawienie.
piątek, 12 listopada 2010
wtorek, 9 listopada 2010
Panta rei
Wszystko płynie, jak to powiedział kiedyś grecki filozof Panta Rei, choć niektórzy, nie wiedzieć czemu, słowa te przypisują niejakiemu Heraklitowi z Efezu :) Powiedzenie to dokładnie opisuję Holandię, kraj upstrzony kanałami, którego spora część jest poniżej poziomu morza i gdzie woda jest wszędzie.
Ciężko było budować drogi na podmokłym i bagnistym terenie, nie wspominając o tysiącach mostów, dlatego to właśnie kanały i rzeki były głównymi arteriami transportowymi Holandii przez setki lat. Kanały także do dziś są wykorzystywane do transportu, zarówno na skalę przemysłową, jak też i czysto rekreacyjnie. Obecnie mało kto pływa codziennie do pracy czy do szkoły (choć na pewno tacy są), rzadko też się zdarza, że w sobotnie przedpołudnie płynie się na zakupy, jednakże już dużo częściej można w weekendowe popołudnie popłynąć do znajomych, jeśli akurat oni także mieszkają nad kanałem. A co można robić w ciepłe słoneczne popołudnie? Wziąć na łódkę rodzinę, znajomych, wino, ser i inne przekąski i pływać po okolicy pozdrawiając przy tym znajomych spotkanych na wodzie.
Dużo domów ma bezpośredni dostęp do wody, choć to znacznie zwiększa cenę nieruchomości. Właśnie bezpośrednio przy domu można wtedy zaparkować swoją łódkę. O ile się mieszka na przedmieściach czy na wsi, to nie ma z tym dużej problemu, a w centrum miasta także można cumować, po opłaceniu odpowiedniej kwoty. Mieszkasz w centrum? Proszę bardzo - parkowanie samochodu kosztuje 150 euro rocznie, cumowanie łódki 20 euro na cały rok. Wymusza to istnienie odpowiednich służb miejskich, które sprawdzają, które łódki mają opłacone cumowanie, czy też sprawdzają ich stan techniczny. Tak jak z ulic miast usuwa się rdzewiejące i porzucone rowery, tak kanały sprząta się z zalegających tam "wraków". Właśnie na zdjęciu powyżej widać zaniedbaną łódkę, z której właściciel nie usuwał wody po deszczu. Służby miejskie wydobędą ją, wyremontują i sprzedadzą na licytacji. Za około 200 euro będzie ona cieszyć nowego właściciela.
Ważne jest to, że nie ma tutaj typowo polskiej manii kursów, papierków, czy zezwoleń. Tak jak istnieją samochody, na których prowadzenie nie trzeba mieć prawa jazdy, określona wielkość łódek i moc silników nie wymaga żadnych papierów. Nie jest także niczym dziwnym, jak na łódce nie ma nikogo dorosłego i tylko dzieciaki "wożą" się po mieście. Tak, tak, jest to skrajna nieodpowiedzialność. Tylko dlaczego w Polsce co roku tonie 32 ludzi na milion mieszkańców, gdy w Holandii ten współczynnik jest ponad dwa razy mniejszy?
Ciężko było budować drogi na podmokłym i bagnistym terenie, nie wspominając o tysiącach mostów, dlatego to właśnie kanały i rzeki były głównymi arteriami transportowymi Holandii przez setki lat. Kanały także do dziś są wykorzystywane do transportu, zarówno na skalę przemysłową, jak też i czysto rekreacyjnie. Obecnie mało kto pływa codziennie do pracy czy do szkoły (choć na pewno tacy są), rzadko też się zdarza, że w sobotnie przedpołudnie płynie się na zakupy, jednakże już dużo częściej można w weekendowe popołudnie popłynąć do znajomych, jeśli akurat oni także mieszkają nad kanałem. A co można robić w ciepłe słoneczne popołudnie? Wziąć na łódkę rodzinę, znajomych, wino, ser i inne przekąski i pływać po okolicy pozdrawiając przy tym znajomych spotkanych na wodzie.
Dużo domów ma bezpośredni dostęp do wody, choć to znacznie zwiększa cenę nieruchomości. Właśnie bezpośrednio przy domu można wtedy zaparkować swoją łódkę. O ile się mieszka na przedmieściach czy na wsi, to nie ma z tym dużej problemu, a w centrum miasta także można cumować, po opłaceniu odpowiedniej kwoty. Mieszkasz w centrum? Proszę bardzo - parkowanie samochodu kosztuje 150 euro rocznie, cumowanie łódki 20 euro na cały rok. Wymusza to istnienie odpowiednich służb miejskich, które sprawdzają, które łódki mają opłacone cumowanie, czy też sprawdzają ich stan techniczny. Tak jak z ulic miast usuwa się rdzewiejące i porzucone rowery, tak kanały sprząta się z zalegających tam "wraków". Właśnie na zdjęciu powyżej widać zaniedbaną łódkę, z której właściciel nie usuwał wody po deszczu. Służby miejskie wydobędą ją, wyremontują i sprzedadzą na licytacji. Za około 200 euro będzie ona cieszyć nowego właściciela.
Ważne jest to, że nie ma tutaj typowo polskiej manii kursów, papierków, czy zezwoleń. Tak jak istnieją samochody, na których prowadzenie nie trzeba mieć prawa jazdy, określona wielkość łódek i moc silników nie wymaga żadnych papierów. Nie jest także niczym dziwnym, jak na łódce nie ma nikogo dorosłego i tylko dzieciaki "wożą" się po mieście. Tak, tak, jest to skrajna nieodpowiedzialność. Tylko dlaczego w Polsce co roku tonie 32 ludzi na milion mieszkańców, gdy w Holandii ten współczynnik jest ponad dwa razy mniejszy?
wtorek, 26 października 2010
Przedstawienie teatralne o Polsce
Dziś krótka notka o mającym się wkrótce odbyć przedstawieniu teatralnym dotyczacym Polaków w Holandii. Belgijski reżyser teatralny przedstawa w Holandii sztukę o Polakach, dwoje aktorów to właśnie Polacy. Premiera odbędzie się w Amsterdamie, a potem przedstawienia będą w Rotterdamie, Haarlem, Groningen i Almere. Tytuł to "Oh Polsko".
Wszelkie informacje dostępne pod poniższymi linkami:
http://www.popolsku.eu/kultura/oh_polsko_czyli_polscy_pracownicy_sezonowi_w_teatrze
http://www.polonia.nl/?p=3101
Do zobaczenia w teatrze! :)
Wszelkie informacje dostępne pod poniższymi linkami:
http://www.popolsku.eu/kultura/oh_polsko_czyli_polscy_pracownicy_sezonowi_w_teatrze
http://www.polonia.nl/?p=3101
Do zobaczenia w teatrze! :)
środa, 20 października 2010
Afsluitdijk
O holenderskim Planie Delta kiedyś już pisałem. Było to ogromne przedsięwzięcie, szczególnie dla tak małego narodu. W skali całego świata tylko jeden inny kraj podjął się podobnie wielkiego (w przeliczeniu na % PKB) projektu - były to USA wysyłając człowieka na księżyc.
Afsluitdijk (dosłowne tłumaczenie: tama/grobla zamykająca) wpisuje się doskonale w Plan Delta, aczkolwiek została zbudowana kilkadziesiąt lat wcześniej. Bez spoglądania na mapę mało kto wie, że do niedawna Holandia była rozcięta na pół zatoką Morza Północnego sięgającą 100 km na południe i szeroką na około 30 km. Zatoka ta była olbrzymia i Holendrzy ochrzcili ją Zuiderzee (Morze Południowe). Przez długi czas była to jedyna droga morska do Amsterdamu i innych holenderskich portów, ale z biegiem czasu akwen zaczął się zamulać i spłycać. Podczas sztormów i przypływów jednak zatoka wciąż stanowiła olbrzymie zagrożenie dla lądu, gdyż pozwala morskiej wodzie wedrzeć się do wnętrza kraju. Pomysł zamknięcia Zuiderzee tamą pojawił się już w 1667, ale dopiero technika z początku XX wieku pozwoliła na jego realizację. Tamę budowano ponad 6 lat, choć to i tak jest niewiele, gdy weźmie się pod uwagę jej rozmiary. Aflsuitdijk ma długość 32 km, szerokość 90 m i przeciętnie 7,25 m wysokości, została usypana z gliny oraz bloków granitu transportowanych z Niemiec i Szwecji.
Co Holendrzy osiągnęli? Zamienili ogromną zatokę morską na słodkowodne jezioro, jednocześnie obniżając jego poziom, co pozwoliło na osuszenie ogromnych połaci ziemi. Wnętrze swojego kraju było przez to dobrze chronione przed podtopieniami, a zbudowana na tamie autostrada pozwoliła na skrócenie podróży pomiędzy brzegami Zuiderzee nawet o 250 km.
Na zdjęciu powyżej widać właśnie Afsluitdijk i pomnik pomysłodawcy tamy inż. Cornelisa Lely, który niestety nie dożył zakończenia budowy. Aha, to trudne słowo wymawia się mniej więcej "afslautdajk" :)
Afsluitdijk (dosłowne tłumaczenie: tama/grobla zamykająca) wpisuje się doskonale w Plan Delta, aczkolwiek została zbudowana kilkadziesiąt lat wcześniej. Bez spoglądania na mapę mało kto wie, że do niedawna Holandia była rozcięta na pół zatoką Morza Północnego sięgającą 100 km na południe i szeroką na około 30 km. Zatoka ta była olbrzymia i Holendrzy ochrzcili ją Zuiderzee (Morze Południowe). Przez długi czas była to jedyna droga morska do Amsterdamu i innych holenderskich portów, ale z biegiem czasu akwen zaczął się zamulać i spłycać. Podczas sztormów i przypływów jednak zatoka wciąż stanowiła olbrzymie zagrożenie dla lądu, gdyż pozwala morskiej wodzie wedrzeć się do wnętrza kraju. Pomysł zamknięcia Zuiderzee tamą pojawił się już w 1667, ale dopiero technika z początku XX wieku pozwoliła na jego realizację. Tamę budowano ponad 6 lat, choć to i tak jest niewiele, gdy weźmie się pod uwagę jej rozmiary. Aflsuitdijk ma długość 32 km, szerokość 90 m i przeciętnie 7,25 m wysokości, została usypana z gliny oraz bloków granitu transportowanych z Niemiec i Szwecji.
Co Holendrzy osiągnęli? Zamienili ogromną zatokę morską na słodkowodne jezioro, jednocześnie obniżając jego poziom, co pozwoliło na osuszenie ogromnych połaci ziemi. Wnętrze swojego kraju było przez to dobrze chronione przed podtopieniami, a zbudowana na tamie autostrada pozwoliła na skrócenie podróży pomiędzy brzegami Zuiderzee nawet o 250 km.
Na zdjęciu powyżej widać właśnie Afsluitdijk i pomnik pomysłodawcy tamy inż. Cornelisa Lely, który niestety nie dożył zakończenia budowy. Aha, to trudne słowo wymawia się mniej więcej "afslautdajk" :)
poniedziałek, 11 października 2010
Planetarium we Franeker
Franeker jest ładnym miasteczkiem położonym we Fryzji, na północy Holandii. Miasteczko nie wyróżniałoby się niczym szczególnym, gdyby nie to, że mieści ono najstarsze działające planetarium na świecie. Nie jest to takie typowe nowoczesne planetarium z projektorem, ale mechaniczny zegar przedstawiający układ słoneczny. Warto podkreślić, że jest to układ słoneczny znany w czasach tworzenia mechanizmu (1774-1781), czyli brakuje w nim niektórych planet, jak np. Uran czy Neptun.
Twórcą planetarium był Eise Eisinga, astronom i matematyk samouk, zawodowo prowadzący biznes czesania wełny. 8 maja 1774 roku miała miejsce koniunkcja planet, która według niektórych ówczesnych kaznodziejów miała doprowadzić do końca świata. Eise się z tym nie zgadzał i chciał pokazać swoim ziomkom, jak naprawdę wygląda układ słoneczny. Swoje planetarium umiejscowił na suficie swojego salonu, a mechanizm napędzający na poddaszu powyżej. To bardzo skomplikowane urządzenie nie tylko obrazuje układ słoneczny, ale i wylicza kwadry księżyca, wschód i zachód słońca, znaki zodiaku, czas astronomiczny itp. Mechanizm jest po dziś dzień bardzo precyzyjny, mimo iż do jego wykonania użyto tylko drewna, gwoździ i sznurków.
Na zdjęciu obok pani z muzeum objaśnia działanie planetarium. Pani ta posługiwała się biegle chyba pięcioma czy sześcioma językami, co takie rzadkie w Holandii nie jest.
W drodze do Franeker musiałem przejechać po Afsluitdijk. W następnymi wpisie napiszę, co ten trudny wyraz oznacza :)
Twórcą planetarium był Eise Eisinga, astronom i matematyk samouk, zawodowo prowadzący biznes czesania wełny. 8 maja 1774 roku miała miejsce koniunkcja planet, która według niektórych ówczesnych kaznodziejów miała doprowadzić do końca świata. Eise się z tym nie zgadzał i chciał pokazać swoim ziomkom, jak naprawdę wygląda układ słoneczny. Swoje planetarium umiejscowił na suficie swojego salonu, a mechanizm napędzający na poddaszu powyżej. To bardzo skomplikowane urządzenie nie tylko obrazuje układ słoneczny, ale i wylicza kwadry księżyca, wschód i zachód słońca, znaki zodiaku, czas astronomiczny itp. Mechanizm jest po dziś dzień bardzo precyzyjny, mimo iż do jego wykonania użyto tylko drewna, gwoździ i sznurków.
Na zdjęciu obok pani z muzeum objaśnia działanie planetarium. Pani ta posługiwała się biegle chyba pięcioma czy sześcioma językami, co takie rzadkie w Holandii nie jest.
W drodze do Franeker musiałem przejechać po Afsluitdijk. W następnymi wpisie napiszę, co ten trudny wyraz oznacza :)
środa, 29 września 2010
Jak Holendrzy mieszkają? Wnętrza
W centrach miast Holendrzy także mieszkają w kamienicach, takich jak np. ta na zdjęciu, sfotografowana rok temu w połowie października w Amsterdamie - ktoś się po prostu pospieszył z dekoracjami :)
Ale tematem wpisu miały być wnętrza. Niestety nie miałem zdjęcia żadnego typowego holenderskiego mieszkania czy domu w środku, a mój własny ani typowy, ani tym bardziej holenderski nie jest :) Różnic jest dość trochę i większość z nich widać w pierwszym momencie, kiedy Polak wejdzie do tutejszego mieszkania. Na ścianach najczęściej jest tynk strukturalny, prawie zawsze biały, od czasu do czasu ktoś pozwoli sobie na taką estrawagancję jak jakiś kolorek albo tapeta, która dla odmiany jest... biała :) Może to przez to, że tu stosunkowo mało słońca?
Holendrzy rzadko kiedy mają jedną wielką lampę pod sufitem, a jak mają, to nie używają, bardziej wolą słabe boczne oświetlenie. W ogóle jak na mój gust, to oni siedzą w półmroku. Meble dominują z Ikei albo podobnych sklepów. Tutaj jest bardzo mały wybór mebli - są albo tanie, podobne wszystkie do siebie, albo dość drogie designerskie, ręcznie robione itp - nie ma nic po środku. W salonie bardzo często naprzeciw telewizora jest jakaś sofa czy coś podobnego, ale jest to łóżko nierozkładane. Tu naprawdę ciężko kupić jakąś kanapę, którą da się rozłożyć na łóżko. Na podłodze rzadko kiedy są jakieś dywany czy wykładziny, najczęściej jakieś panele, deski albo terakota. Holendrzy i tak gości przyjmują w butach i kompletnie nie rozumieją tak typowo polskiego atakowania kapciami :)
Stosunkowo dużo mieszkańców Holandii lubi starocie i różne bibeloty i czasem ich mieszkania przypominają jakiś całkowicie zagracone złomowisko. Jedna pani mieszkająca na uliczce obok mnie w okresie świątecznym wystawia w oknach grubo ponad setkę figurek mikołajów, reniferów, choinek, krasnali... Holendrzy też dekorują swoje domy kwiatami, najchętniej ciętymi, które tu są śmiesznie tanie (szczególnie wiosną), a latem na prawie każdym parapecie kwitną orchidee. Nie spotkałem za to tutaj widocznych dość często w Polsce paprotek czy palm.
Za kilka dni wreszcie zmienię temat i napiszę o najstarszym działającym planetarium na świecie.
Ale tematem wpisu miały być wnętrza. Niestety nie miałem zdjęcia żadnego typowego holenderskiego mieszkania czy domu w środku, a mój własny ani typowy, ani tym bardziej holenderski nie jest :) Różnic jest dość trochę i większość z nich widać w pierwszym momencie, kiedy Polak wejdzie do tutejszego mieszkania. Na ścianach najczęściej jest tynk strukturalny, prawie zawsze biały, od czasu do czasu ktoś pozwoli sobie na taką estrawagancję jak jakiś kolorek albo tapeta, która dla odmiany jest... biała :) Może to przez to, że tu stosunkowo mało słońca?
Holendrzy rzadko kiedy mają jedną wielką lampę pod sufitem, a jak mają, to nie używają, bardziej wolą słabe boczne oświetlenie. W ogóle jak na mój gust, to oni siedzą w półmroku. Meble dominują z Ikei albo podobnych sklepów. Tutaj jest bardzo mały wybór mebli - są albo tanie, podobne wszystkie do siebie, albo dość drogie designerskie, ręcznie robione itp - nie ma nic po środku. W salonie bardzo często naprzeciw telewizora jest jakaś sofa czy coś podobnego, ale jest to łóżko nierozkładane. Tu naprawdę ciężko kupić jakąś kanapę, którą da się rozłożyć na łóżko. Na podłodze rzadko kiedy są jakieś dywany czy wykładziny, najczęściej jakieś panele, deski albo terakota. Holendrzy i tak gości przyjmują w butach i kompletnie nie rozumieją tak typowo polskiego atakowania kapciami :)
Stosunkowo dużo mieszkańców Holandii lubi starocie i różne bibeloty i czasem ich mieszkania przypominają jakiś całkowicie zagracone złomowisko. Jedna pani mieszkająca na uliczce obok mnie w okresie świątecznym wystawia w oknach grubo ponad setkę figurek mikołajów, reniferów, choinek, krasnali... Holendrzy też dekorują swoje domy kwiatami, najchętniej ciętymi, które tu są śmiesznie tanie (szczególnie wiosną), a latem na prawie każdym parapecie kwitną orchidee. Nie spotkałem za to tutaj widocznych dość często w Polsce paprotek czy palm.
Za kilka dni wreszcie zmienię temat i napiszę o najstarszym działającym planetarium na świecie.
czwartek, 16 września 2010
Jak Holendrzy mieszkają? Adresy w Holandii
Kilka dni temu wspomniałem o "kolorowych adresach" w Holandii. Domki szeregowe, w których mieszczą się dwa osobne mieszkania, mają ten sam numer, a różnica jest w kolorze. Jeśli powiększycie zdjęcie obok, to będzie to widoczne. Mieszkanie na górze ma numer w kolorze czerwonym, mieszkanie na dole ma numerek czarny. Zapisuje się to najczęściej używając nazwy koloru albo jego skrótu. Górne mieszkanie ma po numerze domu dodane rood albo rd, dolne ma zwart albo zw.
Warto także przy okazji wspomnieć o adresacji w Holandii. W kraju tulipanów każdy dom czy każde mieszkanie ma swój osobny numer. Nie stosuje się numeracji blok/mieszkanie, nawet w dużym bloku każde mieszkanie ma swój osobny numer. Wyjątki są naprawdę rzadkie i polegają najczęściej na dodaniu litery do numeru klatki, czyli w klatce 3 istnieją mieszkania 3A, 3B, 3C, 3D, 3E, 3F, 3G, 3H, 3J (litera I bywa pomijana, pewnie przez podobieństwo do jedynki), 3K... itp.
Ciekawa sprawa jest z kodami pocztowymi - kody tutaj mają postać CCCC LL, gdzie C oznacza cyfrę, a L literę. System projektowano tuż po wojnie i dlatego niektóre pary liter nie są nigdy używane (SS, SA itp). Największą ciekawostką jest to, że każdy numer domu jest unikalny w obrębie danego kodu pocztowego. Do jednoznacznej identyfikacji adresu w Holandii wystarczy kod pocztowy i numer domu i jest to bardzo przydatne w różnych formularzach, gdzie nie trzeba podawać nazwy ulicy i miasta. Czyli zapis "2014 GC 9" jest pełnym adresem mieszkania, w którym kiedyś mieszkałem, sprytne, nie? :)
Warto także przy okazji wspomnieć o adresacji w Holandii. W kraju tulipanów każdy dom czy każde mieszkanie ma swój osobny numer. Nie stosuje się numeracji blok/mieszkanie, nawet w dużym bloku każde mieszkanie ma swój osobny numer. Wyjątki są naprawdę rzadkie i polegają najczęściej na dodaniu litery do numeru klatki, czyli w klatce 3 istnieją mieszkania 3A, 3B, 3C, 3D, 3E, 3F, 3G, 3H, 3J (litera I bywa pomijana, pewnie przez podobieństwo do jedynki), 3K... itp.
Ciekawa sprawa jest z kodami pocztowymi - kody tutaj mają postać CCCC LL, gdzie C oznacza cyfrę, a L literę. System projektowano tuż po wojnie i dlatego niektóre pary liter nie są nigdy używane (SS, SA itp). Największą ciekawostką jest to, że każdy numer domu jest unikalny w obrębie danego kodu pocztowego. Do jednoznacznej identyfikacji adresu w Holandii wystarczy kod pocztowy i numer domu i jest to bardzo przydatne w różnych formularzach, gdzie nie trzeba podawać nazwy ulicy i miasta. Czyli zapis "2014 GC 9" jest pełnym adresem mieszkania, w którym kiedyś mieszkałem, sprytne, nie? :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




