czwartek, 10 stycznia 2013

Fietsplan

Podczas, gdy w Polsce więzienia są pełne nietrzeźwych rowerzystów, a polscy urzędnicy dwoją się i troją, by utrudnić korzystanie z rowerów, Holandia robi, co może, żeby je spopularyzować. Polska po raz kolejny pokazuje, że jest bardzo bogatym krajem, bo Holandia wprost przyznaje, że nie stać jej na budowę tylu dróg, więc jedyną rozsądną alternatywą dla komunikacji po mieście są rowery.
W minionym roku wiele firm dołączyło do programu fietsplan. Polega on na tym, że pracownik kupuje nowy rower, którego cena odliczana jest od wynagrodzenia brutto (przed opodatkowaniem), przez co rower wychodzi o 30-40% taniej. Rower można spłacić z jednej pensji, można także mieć jego spłatę rozłożoną na maksymalnie 6 miesięcy. Pracownik w zamian za to zobowiązuje się do jeżdżenia do pracy na tym rowerze (a w przypadku, gdy mieszka ponad 15 km od pracy, do pokonywania co najmniej części trasy) przez minimum pół każdego miesiąca przez najbliższe trzy lata. Rower można kupić dowolnego typu, nie ma problemu z tym, żeby mężczyzna kupił typowo damski (czy wręcz "babciny") rower, jedynym ograniczeniem jest cena roweru - odliczane od podatku jest maksymalnie 749 €, jeśli wybrany rower kosztuje więcej, to różnica jest dopłacana z własnej kieszeni pracownika. Jeśli rower kosztuje mniej niż powyższy limit, to można dokupić w ramach fietsplan także akcesoria, ubezpieczenie czy też usługi serwisowe na najbliższe lata. Powyżej na zdjęciu bony na 70 €, dokładnie tyle kosztuje dobry łańcuch (do przypinania roweru) wraz z bardzo praktycznymi sakwami - są to podstawowe akcesoria kupowane w Holandii.
Fietsplan pozwala na kupno zarówno nowego, jak i używanego roweru, jednak większość ludzi raczej wybiera nowe. Warto zwrócić uwagę, że nowe rowery są w Holandii dość drogie. Ceny typowych miejskich rowerów zaczynają się od 400-500 €, a rower powyżej 1000 € nie jest niczym wyjątkowym. Rowery tutaj także są dość często kradzione, więc kupno nowego, ładnego jednośladu może być pewnym ryzykiem. Mimo wszystko w Holandii jest więcej rowerów niż ludzi, a kraj od wielu lat prowadzi konsekwentną politykę promującą rowery, dzięki czemu oszczędza ogromne pieniądze na budowach dróg, ochronie środowiska, czy służbie zdrowia.

czwartek, 3 stycznia 2013

Nowy rok w Holandii, 2013

Jak co roku Holendrzy przywitali nowy rok na swój sposób. Warto przypomnieć, że przez cały rok fajerwerki są tu zakazane (pisałem już o tym kiedyś - tu i tu), dlatego na sylwestra Holendrzy dostają istnego fioła i strzelaniny jest tu więcej niż pod Stalingradem na przełomie 1942/43 :)
Jednak co roku odbywa się także inne noworoczne wydarzenie, w którym staram się brać udział - noworoczna kąpiel. Pisałem już o tym na początku 2011 i 2012, warto też wspomnieć, co działo się kilka dni temu.
Noworoczne kąpiele odbywają się teraz w około 100 miejscach w całym kraju, pierwszy raz np. zorganizowało to miasteczko, w którym mieszkam (Haarlem) nad jednym z jezior. Jednak najciekawsza jest kąpiel w niedalekim morzu, a Zandvoort (jakieś 5-6 km z Haarlemu) ma najdłuższą historię noworocznych kąpieli w całej Holandii, tegoroczna edycja była pięćdziesiąta trzecia z kolei. Niestety było dość ciepło, bo około 8 stopni, a najwięcej emocji byłoby podczas naprawdę mroźnej pogody. W Zandvoort zgromadziło się ponad 3000 szaleńców (w Scheveningen niedaleko Hagi było ponad 10.000 ludzi), którzy na dany sygnał rozpoczęli rozgrzewkę, po czym, na drugi sygnał, pobiegli hurtem do morza. Zdjęcie właśnie przedstawia taki moment, wraz z kilkoma spóźnionymi osobami :)
Woda nie była taka zimna, większość ludzi wbiegła do wody, pochlapała się trochę i wybiegła, ale niektórzy próbowali nawet pływać. Rozpiętość wiekowa uczestników była duża, przyszło sporo młodzieży, w tym także dzieci (tak gdzieś od 10 lat w górę), ale było dużo dorosłych i także starszych osób, często całe rodziny. Na youtube jest trochę relacji z wydarzenia, oto jedna z nich:


Wszystkim czytelnikom na koniec składam najlepsze życzenia na nadchodzący 2013 rok!

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Holendrzy rosną, czyli trochę statystyki

Lista tematów do napisania na blogu zawiera jeszcze dość sporo pozycji, ale czasu mało, wrzucę więc na razie garść statystyk z Holandii.
Holendrzy mają także swój odpowiednik GUS, który mierzy i waży wszystko i publikuje różne raporty. Czasem przeglądam je z ciekawością i ostatnio rzuciła mi się w oczy informacja, że najwyższy naród świata jeszcze bardziej rośnie. Holendrzy także tyją, co nie jest dość dziwne, a w ostatnich 20 latach bardziej rosną "wszerz" niż "wzdłuż" :) W 2011 roku średni wzrost mężczyzny w Holandii wynosił 181 cm, a kobiety 168 cm, od 1991 mężczyźni urośli o 2,1 cm, a kobiety o 0,6 cm. W tym samym czasie mężczyznom przybyło 5,6 kg, a kobietom po 3,7 kg. W 2011 przeciętny mężczyzna ważył 84 kg, a kobieta 70 kg.
Wzrosła także ilość ludzi z nadwagą i otyłych, z tym że warto zwrócić uwagę, że Holendrzy mają bardzo zaostrzone normy i u nich nadwagę ma osoba, która w wielu innych krajach mieści się wciąż w normie.
Holendrzy także żyją coraz dłużej, ale nie boją się reformować systemów emerytalnych. Teraz w Holandii przechodzi się na emeryturę w wieku 65 lat, ale ten wiek podnosi się co rok i w 2021 osiągnie 67. Przewiduje się, że w 2030 będzie to 68, w 2038 69 lat, a w 2060 nawet 71 lat i 6 miesięcy. Cały czas zwiększa się liczba ludzi starszych. Populacja po 65 roku życia podwoi się w ciągu najbliższych 30 lat. Populacja kraju wciąż rośnie, ale to w dużej mierze dzięki imigracji, choć Holendrzy mają dość wysoką dzietność na tle Europy.
Na sam koniec trochę liczb o ruchu drogowym w krainie wiatraków - poranny szczyt (około 8:00) składa się z 2.4 mln samochodów, a na wieczorny szczyt (koło 18:00) składa się aż 2.8 mln samochodów, a to wszystko w kraju, który ma niewiele ponad 16,5 mln mieszkańców! Każdego roboczego dnia 5 mln Holendrów wsiada na rowery i wykonują razem ponad 14 mln podróży rowerem. Pomiędzy 8:00 a 9:00 rano na ulicach jest więcej rowerów niż samochodów! W Holandii jest około 18 mln rowerów, czyli więcej niż mieszkańców :) Wychodzi na to, że wszyscy gdzieś jadą każdego dnia, nawet dużo starszych ludzi. Na zdjęciu powyżej właśnie taki typowy omafiets, czyli "babciny rower", choć rowery takiego designu teraz używane są także przez wielu młodych, dla których to taki nostalgiczny, "oldschoolowy" element życia :)

piątek, 9 listopada 2012

Domy na wodzie

Ponad 20% powierzchni Holandii zajmuje woda, więc nic dziwnego, że przy tak wysokich cenach gruntów niektórzy wybierają mieszkanie na wodzie. Tak naprawdę nie jest to żadna nowość. Od wielu lat ludzie posiadający barkę i świadczący usługi transportowe mieszkali na niej i nie mieli żadnego domu na lądzie. Na takich barkach wychowywały się dzieci i mieszkały całe rodziny, choć trzeba przyznać, że mieli trochę spartańskie warunki.
Kryzys mieszkaniowy lat siedemdziesiątych spowodował wypełnienie holenderskich miast i prowincji mieszkalnymi barkami. W Holandii teraz jest sporo ponad 10.000 takich domów, z czego 2500 w Amsterdamie i najbliższej okolicy. Kiedyś było to dość tanie - kupowało się starą barkę, przerabiało na mieszkanie, cumowało w mieście, podłączało prąd, wodę i już. Teraz, kiedy mieszkanie na wodzie naprawdę jest modne, jest to dość drogie i wielu ludzi na to nie stać. Amsterdam robi, co może, żeby w centrum miasta wszystkie domy na wodzie nawiązywały wyglądem do starych barek, aczkolwiek na przedmieściach można spotkać prawie normalne domy na specjalnym betonowym pływającym fundamencie.
Typowa barka mieszkalna ma długość od 14 do 30 metrów, a szerokość 2,5 do 5 metrów, powierzchnia więc waha się pomiędzy 35 a 150 m². Zacznijmy od wymienienia korzyści takiego domu - przede wszystkim ludzie cenią wolność i brak przywiązania do konkretnego miejsca. W wielu miejscach barka bywa tańsza od domu czy mieszkania w tym samym miejscu. Brak sąsiadów i bardzo duża doza prywatności są także atutami. Można sobie takim domem popłynąć na wakację. W Belgii i Niemczech jest bardzo dużo kanałów, ale niektórzy płyną na południe Francji, a prawdziwi szaleńcy potrafią przepłynąć po śródlądziu przez Bułgarię, Ukrainę czy Rosję aż nad Morze Czarne czy Kaspijskie - a wszystko to we własnym domu!
Lista wad jest bardzo długa - media na takiej barce to tylko prąd i bieżąca woda (na specjalnym elastycznym podłączeniu). Gaz jest z butli, a nieczystości trzeba gromadzić w szambie, nie można wylewać za burtę. Nie można mieć telewizji kablowej, a podłączenie do Internetu także bywa problemem. Serwisowanie czy holowanie takiej barki są dość drogie, a w centrum Amsterdamu przy najładniejszych kanałach miejsca do cumowania osiągają zawrotne ceny. Stresująca dla niektórych jest świadomość mieszkania na wodzie, dom może zacząć przeciekać, a w skrajnym przypadku zatonąć. Wiele barek ma też bardzo małą wysokość mieszkań, zdarzają się takie, gdzie sufit jest na mniej niż dwóch metrach. Zimą jest ciężko ogrzać barkę - niektórzy mają kominek na drewno, inni ogrzewanie elektryczne czy gazowe (przypominam, że gaz z butli), jednak mimo wszystko jest to drogie i dość kłopotliwe.
W Amsterdamie są specjalne hotele czy apartamenty na wodzie. Jedna z barek jest też schroniskiem dla bezdomnych kotów. Większość jednak ma stałych mieszkańców, głównie nienajmłodszych Holendrów. Kilka lat temu, szukając mieszkania, dostałem propozycję wynajmu barki. Kusiło mnie to bardzo, nie powiem, ale z powodu braku pralki i przez butle gazowe i szambo i problemy z Internetem zdecydowałem się jednak na tradycyjne lądowe mieszkanie. Po raz któryś pragmatyzm zwyciężył z romantyzmem, czasem jednak zastanawiam się, jak by to było mieszkać na wodzie.

środa, 31 października 2012

Rowerowe problemy Amsterdamu

Każdy kraj ma swoje problemy. Polska na przykład walczy z problemami zupełnie nieznanymi w innych krajach. Polskie prawo karze pijanych rowerzystów na równi z pijanymi kierowcami ciężarówek, choć oczywiście wiadomo, że potencjalna szkoda wyrządzona przez nich jest nieporównywalna. Pijany rowerzysta zagraża przede wszystkim sobie, no ale dzielne socjalistyczne państwo musi bronić obywateli przed samymi sobą. Polscy urzędnicy uważają także, że na rowerze nie da się jeździć podczas opadów deszczu lub śniegu i sezon rowerowy trwa w Polsce tylko kilka krótkich miesięcy, więc nie warto budować infrastruktury rowerowej, która przez większość część roku będzie nieużywana. Polscy policjanci także uważają, że nie można dopuścić do ruchu rowerów "pod prąd" ulic jednokierunkowych, bo w przypadku ewentualnych kolizji nie będą w stanie ustalić, kto zawinił. No cóż, niedasizm jest typowo polską chorobą. Holendrzy tego kompletnie nie zrozumieją, ale także mają swoje problemy rowerowe.
Amsterdam boryka się z nadmiarem rowerzystów. Większość ścieżek rowerowych w centrum jest za wąska i są bardzo zatłoczone. Olbrzymim problemem także jest parkowanie wielu tysięcy rowerów w pobliżu największych stacji kolejowych. Mimo iż rower zajmuje bardzo mało miejsca na drodze, zarówno, gdy się porusza, jak i gdy jest zaparkowany (wielokrotnie mniej niż samochody), to centrum Amsterdamu jest za małe, żeby pomieścić swój ruch rowerowy. Ruch, który wciąż rośnie - w ciągu ostatnich 20 lat wzrósł o 40% z 340.000 dziennych podróży rowerem aż do 490.000 teraz. Miasto także spodziewa się, że w pobliżu stacji kolejowych do roku 2020 ruch wzrośnie o kolejnych 25%. Każdego dnia w Amsterdamie pokonuje się 2 miliony kilometrów na rowerze (przypominam, że jest to miasto wielkości Krakowa, czyli nie takie wielkie).
Zatłoczone ścieżki rowerowe prowadzą do wzrostu ilości kolizji i rannych rowerzystów. Amsterdam jednak wie, że rowery są najtańszą, najzdrowszą i najefektywniejszą metodą transportu, więc ma plan, jak poradzić sobie z wyzwaniami stojącymi w najbliższych latach.
Amsterdam zarezerowował 57 milionów euro na inwestycje rowerowe do roku 2016, będą to przede wszystkim nowe parkingi rowerowe koło stacji dla 38.000 rowerów oraz co najmniej 15 kilometrów dodatkowych ścieżek rowerowych w najbardziej zatłoczonych miejscach. Miasto także zmienia swoją politykę dotyczącą projektowania dróg, do tej pory starano się godzić interesy kierowców, pieszych, cyklistów i komunikacji miejskiej, od teraz priorytetem będzie maksymalizacja miejsca dla rowerzystów. Jednak te pieniądze są inwestycją, która się szybko zwróci, bo Amsterdam szacuje, że wzrost ilości rowerzystów da roczne oszczędności 20 milionów euro na komunikacji miejskiej i kolejne 20 milionów euro na niebudowaniu infrastruktury drogowej, która w przeciwnym razie byłaby potrzebna.
Miasto także rozbudowuje sieć strzeżonych parkingów rowerowych, które za darmo przechowują każdy rower do 24 godzin, a powyżej tego czasu opłata jest 50 centów (2 złote) za dzień. Przyznam, że właśnie parkingi rowerowe są największym wyzwaniem. Koło dworców każdy skrawek jest zajęty na parkingi, buduje się wielopiętrowe parkingi, przestrzeń pod mostami (na zdjęciu) wykorzystuje się, a w przypadku braku miejsc na lądzie cumuje się na stałe barki, które mają przejąć kilka tysięcy miejsc parkingowych. W promieniu kilkuset metrów od dworców chodniki są zawalone rowerami i nie za bardzo wyobrażam sobie, gdzie miasto chce zmieścić 38.000 nowych miejsc parkingowych. Choć Holendrzy w tym przypadku są kreatywni: w Haarlemie zbudowano podziemny (czyli w tym kraju - podwodny) wielki parking rowerowy, a w Hadze podniesiono tory na estakady, a pod nimi ustawiono tysiące miejsc parkingowych. Kibicuję Amsterdamowi w rozwiązywaniu tych problemów, mając niestety smutną świadomość, że polskie miasta wydają miliony na bardzo nieefektywną infrastrukturę drogową, która i tak nie rozwiązuje żadnych problemów, a wręcz tylko generuje nowe, np. w cieniu ekranów akustycznych kwitnie przestępczość. Skoda, że polscy urzędnicy nie uczą się od bogatszych krajów, tylko powielają ich błędy. No ale podatnik za to zapłaci. Albo wyjedzie, płacić podatki w innym kraju.

sobota, 13 października 2012

Śmieci

Co zostawimy następnym pokoleniom? Można odpowiedzieć, że dług, zanieczyszczone środowisko, przeludnienie itp, ale każdy chyba się zgodzi, że na pewno swoim dzieciom i wnukom zostawimy nasze śmieci.
Warto przybliżyć trochę ten "śmierdzący" temat czytelnikom, ponieważ dziedzina ta wygląda całkowicie odmiennie pomiędzy Holandią i Polską. Dla wielu odwiedzających Holandia jest wspaniale uporządkowanym i czystym krajem, ale turyści mogą łatwo się zszokować wychodząc na ulice w dzień wywożenia śmieci. Tak - dla wielu Holendrów kontener, do którego wrzuca się śmieci o dowolnej porze dnia i nocy, jest czymś w rodzaju luksusu. W wielu miastach, w szczególności w centrach, w jeden określony dzień tygodnia śmieci po prostu wystawia się na ulicę. W miejscu, gdzie mieszkam, jest to poniedziałek. Wszystko jest oczywiście ładnie obwarowane przepisami - śmieci wystawia się na ulicę od 5:00 do 9:00 rano w dany dzień, a poza tym czasem grożą bardzo wysokie mandaty za zostawienie śmieci na ulicy. Czyste i wypieszczone holenderskie uliczki zamieniają się wtedy w slumsy, w wielu miejscowościach mewy tylko czekają na ten dzień, żeby rozrywając worki i rozrzucając śmieci na ulicy dobrać się do resztek jedzenia. Na zdjęciu obok jedna z uliczek w centrum Amsterdamu w dzień wywożenia śmieci.
A co się dzieje z tymi śmieciami później, gdy już znikną z naszego pola widzenia? W Polsce 78% trafia bezpośrednio na składowiska odpadów, 21% jest recyklingowane albo kompostowane, a 1% spalany. W Holandii liczby te są dokładnie odwrotne - 1% trafia na składowiska odpadów, 60% jest recyklingowane albo kompostowane, a 39% jest spalanych. Holendrzy ze śmieci produkują także gaz, który razem z gazem ziemnym zasila mieszkania.
W wielu miejscach są specjalne pojemniki na surowce wtórne, które są dostępne dla każdego, bo kontenery na "ogólne" śmieci są dostępne tylko na specjalną kartę, którą mają mieszkańcy pobliskich budynków. Co ciekawe Holendrzy segregują tylko makulaturę i szkło (osobno kolorowe i białe), natomiast puszki, plastiki itp wyrzucą się razem z resztą śmieci, które są potem segregowane w specjalnych zakładach (choć od niedawna w nielicznych miejscach pojawiają się pojemniki na plastik). W każdym większym sklepie są pojemniki na baterie i świetlówki kompaktowe, a butelki można oddać w dowolnym sklepie i nikt nie żąda paragonu. Co ciekawe, niektóre plastikowe butelki PET są na kaucję (25 centów).
Z czego wynikają te różnice między Polska i Holandią? Kultura narodu na pewno ma na to duży wpływ, ale także ceny gruntu - w tak gęsto zaludnionej Holandii po prosto nie opłaca się marnować terenu na wysypiska śmieci, podczas gdy w Polsce jest wciąż dużo miejsc, gdzie ziemia "nic" nie kosztuje.
Warto jednak wspomnieć, że Holendrzy wcale nie przodują w segregowaniu śmieci, Austriacy np. recyklingują albo kompostują aż 70% odpadków, a w Niemczech absolutnie nic nie trafia na wysypiska śmieci - 66% recykling i kompost, 34% spalanie. Niemcy także mają pod każdym prawie budynkiem 6-7 kontenerów na każdy możliwy rodzaj śmieci, więc tam najczęściej nie ma śmieci "ogólnych".

sobota, 6 października 2012

Rekordowo niska ilość zabitych na drogach

Ilość zabitych w wypadkach drogowych spadła w Holandii do najniższego poziomu od kilkudziesięciu lat. W latach 2010 i 2011 notowano najniższy poziom ofiar śmiertelnych od wielu lat - odpowiednio 640 i 661. Dla porównania warto dodać, że w połowie lat siedemdziesiątych, przy dużo, dużo mniejszej liczbie samochodów co roku było ponad 3000 zabitych na drogach (od roku 1972 do teraz spadek o 80%!), a pomiędzy nimi sporo dzieci, rowerzystów i pieszych. Właśnie to śmiertelne żniwo spowodowało, że w Holandii powstało tak fantastyczna infrastruktura rowerowa (polecam tutaj fantastyczny filmik, który już publikowałem na łamach tego bloga).
Niestety aż 1/3 ofiar śmiertelnych to rowerzyści, jednak aż 2/3 spośród nich miało ponad 65 lat, a 1/3 ponad 80!. Wynika stąd, że młodsi rowerzyści są relatywnie bezpieczni na holenderskich drogach, ale na starość, kiedy wzrok, słuch, równowaga, czy refleks już nie są takie same, rower staje się dość niebezpieczny. Podobny trend widać także wśród zabitych pieszych, stanowią oni trochę ponad 10% wszystkich ofiar śmiertelnych na drogach, ale pośród nich ponad 60% miało 50 lub więcej lat.
Spośród poszczególnych grup wiekowych najwięcej ginie dwudziestolatków (20-29), co ciekawe w Holandii także istnieje zjawisko "dyskotekowych" wypadków - w grupie wiekowej 15-29 lat ryzyko śmierci na drodze w piątkowy czy sobotni wieczór jest trzykrotnie większe niż pozostałej części tygodnia.
Niestety porównania Holandii do Polski w tym zakresie są dość smutne. W przeliczeniu na 1000 mieszkańców w Holandii ginie ponad dwa razy mniej osób na drogach. Piesi w Holandii stanowią trochę ponad 10% wszystkich ofiar, a w Polsce równe 33%. W Polsce ginie mniej rowerzystów, ale spowodowane jest to małą popularnością tego środka transportu. W Polsce także większy odsetek wypadków ma ofiary śmiertelne. Niestety brak dobrej infrastruktury drogowej tylko częściowo powoduje różnice pomiędzy opisywanimi krajami. Większe znaczenie ma dość kiepska kultura jazdy w Polsce oraz niestety społeczna tolerancja i przyzwolenie dla prowadzenia po alkoholu.
Na zdjęciu czteropoziomowy węzeł autostrad A4 i A12 koło Hagi o wdzięcznej nazwie "Knooppunt Prins Clausplein". Dla bardziej zainteresowanych tematem autostrad w Holandii mogę polecić wpis sprzed paru lat.