niedziela, 9 stycznia 2022

Holenderskie imiona - 2021

 Jak co roku holenderski urząd podał dane dotyczące imion nadawanych w Holandii w roku 2021. Jakie to imiona?

Najpopularniejsze imiona męskie w Holandii w 2021, jak nazwano chłopców:

  1. Noah - 945 dzieci
  2. Lucas - 734
  3. Sem - 653
  4. Daan - 647
  5. Levi - 643
  6. Liam - 640
  7. James - 634
  8. Finn - 632
  9. Luca - 616
  10. Milan - 610

Najpopularniejsze imiona żeńskie w Holandii w 2021, jak nazwano dziewczynki:

  1. Julia - 753 dzieci
  2. Mila - 696
  3. Emma - 648
  4. Nora - 625
  5. Olivia - 623
  6. Sophie - 621
  7. Tess - 583
  8. Milou - 579
  9. Zoë - 569
  10. Yara - 568

Widać, że dominują krótkie imiona. Z powyższych 20 imion większość (13) ma tylko 4 lub 3 litery. Jako ciekawostkę dodam, że najkrótsze imię nadawane tutaj dzieciom (obu płci!) to Bo - w 2021 w Holandii imieniem Bo nazwano 30 chłopców i 269 dziewczynek.

środa, 18 marca 2015

Hodowla tulipanów i zbiór cebulek

W Holandii wiosna pełną parą, krokusy już przekwitają, pełno żonkili, a za kilka dni otwiera swe podwoje największy ogród kwiatowy świata Keukenhof. Już wkrótce tulipany zaczną się ukazywać na polach.

Wiecie, że tulipany uprawia się albo na cebulki, albo na kwiaty? Na polach z reguły tulipany są uprawiane celem uzyskania cebulek, dlatego też ich kwiaty się po prostu ścina, żeby roślina więcej wysiłku włożyła w cebulki, a kwiaty zrzuca się na grządki.

Poniżej dwa filmy pokazujące dwie scenki z hodowli tulipanów na polach - ścinkę kwatów i zbiór cebulek 2-3 miesiące później. Trzeci film przedstawia hodowlę tulipanów na kwiaty - wszystko jest w pełni zautomatyzowane i naprawdę robi ogromne wrażenie.


czwartek, 24 lipca 2014

Żałoba narodowa w Holandii

Wczoraj, 23 lipca 2014 miała miejsce żałoba narodowa w Holandii, pierwsza od 1992 roku i dopiero dziewiąta w historii kraju. Tego dnia właśnie pierwsze trumny ofiar katastrofy lotniczej przyleciały do Holandii. Na trasie przejazdu konduktu zebrało się bardzo dużo ludzi, rzucali kwiaty na karawany i, co może być nawet szokujące dla Polaka, klaskali. Poniżej kilka filmików pokazujących przejazd i reakcje ludzi:

poniedziałek, 2 czerwca 2014

"Miejsce dla rzeki" - inżynierski projekt w Nijmegen

Trafiłem dziś na opis ciekawego projektu realizowanego w Holandii. Rzeka Waal (jedno z głównych ramion ujściowych Renu) miała wąskie gardło pomiędzy miastami Nijmegen i Lent. Zwężenie to powodowało lokalne podtopienia w ostatnich latach, np. 1993 i 1995. Holendrzy postanowili więc dać rzece więcej miejsca i przesunęli tamy o 400 metrów na północ. Oto zakres projektu:


(obrazek z broszury, którą polecam obejrzeć)

Kolor ciemnozielony pokazuje dotychczasowe koryto rzeki, a na niebiesko zaznaczono nowy kanał, którego kopanie rozpoczęło się rok temu. Południowy skraj miasteczka Lent stanie się więc wyspą, a żeby to osiągnąć, trzeba zbudować kilka nowych mostów.

Ciekawe rozwiązanie zastosowano po zachodniej stronie - jest tam dość szeroka ścieżka rowerowa i aleja spacerowa z małym mostkiem po środku. Zaprojektowano to tak, żeby przy normalnym poziomie wody tylko 1,5% wody przepływało nowym korytem. Podczas powodzi ścieżka i aleja zostaną zalane i nowym korytem popłynie 30% wody.

Oczywiście bardzo dużo miejsca przewidziano dla wodnej rekreacji i natury. Na zachodzie, przy samym ujściu nowego kanału jest wyspa, na którą można się dostać pieszo (gdy się ma kalosze) i która jest przewidziana jako teren lęgowy dla ptaków wodnych.

Zwróćcie uwagę, że mimo iż Nijmegen i Lent leżą po przeciwległych stronach rzeki, to wciąż funkcjonują jako osobne miasta. W Holandii i Niemczech widoczny jest taki trend, żeby nie łączyć miast na siłę i skutkuje to tym, że w krajach tych nie ma dużych miast, za to często mniejsze miasta sąsiadują bezpośrednio ze sobą.

piątek, 18 kwietnia 2014

Maria Kaczyńska znów w Keukenhof

Jak co roku w Keukenhofie, największym kwiatowym ogrodzie świata, zakwitają tulipany 'Maria Kaczyńska'. Odmiana została wyhodowana w Holandii w roku 2008 (po 18 latach przygotowań). Do Keukenhofu jeżdżę co roku od 2009, ale pierwszy raz zobaczyłem te tulipany na początku kwietnia 2010, tuż przed katastrofą samolotu z prezydencką parą. Od tamtej pory co roku w tzw. Alei Sławy można zobaczyć te kwiaty.

Tulipany 'Maria Kaczyńska' mają delikatną kremową barwę i kwitną stosunkowo późno. Są mocnymi kwiatami odpornymi na niskie (jak na tulipany) temperatury i zmienne warunki pogodowe. Tulipany te zostały wyhodowane przez Jana Ligtharta, jednego z bardziej znanych holenderskich hodowców tulipanów. Ma on na swoim koncie także inne polskie odmiany: 'Irena Sendlerowa', 'Generał Stanisław Maczek', 'Preludium Chopina' i 'Mikołaj Kopernik'. Nazwał też on kwiaty nazwiskami innym pierwszych dam, np. 'Hilary Clinton', 'Laura Bush' oraz 'Bernadette Chirac'.

czwartek, 27 marca 2014

Rozwój Amsterdamu

Dziś dwa filmiki - jeden pokazuje rozwój Amsterdamu i budowę słynnego pierścienia kanałów, a drugi, co z tego wyszło i jak te słynne kanały teraz wyglądają. Polecam!



niedziela, 19 stycznia 2014

Przeprowadzka do Holandii

Jak się przeprowadzić do Holandii? Nic trudnego, całe szczęście dzięki Unii Europejskiej i strefie Schengen jest to bardzo proste. Wszystko będzie jeszcze łatwiejsze, jak będziesz mieć nagraną pracę na miejscu. Przed wyjazdem z Polski trzeba załatwić dwie rzeczy: tymczasowy adres w Holandii (najlepiej u znajomych, w ostateczności wynająć coś), pod którym można się zameldować oraz unijny akt urodzenia.
Dlaczego tymczasowy adres? Powodem jest swego rodzaju błędne koło, w którym odnajduje się wielu przybyszy do kraju tulipanów: żeby znaleźć pracę, należy mieć number BSN (coś jaki polski NIP) albo chociaż złożyć o niego wniosek, żeby zdobyć numer BSN, należy mieć adres, żeby mieć adres, trzeba coś wynająć, a żeby coś wynająć, należy mieć pracę - skomplikowane, prawda? Co prawda można wynająć mieszkanie czy pokój bez pracy, a nawet będąc za granicą, ale zdarza się to dość rzadko i najczęściej jest odpowiednio wycenione. Czyli reasumując - przed przyjazdem do Holandii załatwiamy sobie jakiś lokal - może być pokój, może być kawałek podłogi u znajomych, najważniejsze, żeby móc się tam zameldować. Wystarczy na jakieś trzy miesiące, najmniej miesiąc.
Akt urodzenia jest potrzebny, żeby móc się zameldować w Holandii. Jeśli urząd w Polsce wyda dokument na standardowym druku unijnym, to nie trzeba z nim nic więcej robić. Jeśli jednak mamy dokument tylko po polsku, to trzeba go przetłumaczyć przysięgle, ale w Holandii - tłumaczenie przysięgłe z Polski jest bezużyteczne.
Po przyjeździe do Holandii idziemy do urzędu gminy (Gemeente) z paszportem, aktem urodzenia i umową najmu lokalu albo oświadczeniem właściciela mieszkania, że możemy się zameldować. Dzięki tej wizycie będziesz mieć zameldowanie i złożony wniosek o numer BSN, na który się czeka do dwóch tygodni.
Co dalej? Pora rozejrzeć się za pracą, jak jej jeszcze nie masz. Adres w Holandii i lokalna komórka bardzo pomagają. Trzeba także rozejrzeć się za jakimś bardziej stałym adresem. Będąc na miejscu i mając pracę, jest to stosunkowo łatwe, można wynająć już coś bardziej konkretnego i to w rozsądnej cenie (i przeprowadzić się, co może wyglądać jak na zdjęciu obok). Z żalem informuję, że nie jestem biurem pośrednictwa pracy i niestety nie mogę nijak w tym zakresie pomóc.
Powodzenia na nowej drodze życia!

Czytaj więcej: Przeprowadzka w Holandii

piątek, 17 stycznia 2014

Holenderskie imiona 2013 - dziewczynki

Kontynuując poprzedni wpis o najpopularniejszych imionach chłopców w Holandii w 2013 trzeba przedstawić także najczęściej nadawane imiona dziewczynkom, choć niekoniecznie to są imiona żeńskie. W Holandii jest dość trochę imion, które są nadawane i dziewczynkom, i chłopcom. W roku 2013 urodziło się w Holandii około 176.000 dzieci, z czego prawie 86.000 dziewczynek, oto lista najpopularnieszych imion (w nawiasie miejsce w ubiegłorocznym zestawieniu, w przeszłości pisałem o najpopularniejszych imionach żeńskich w latach: 2009, 2010, 2011 oraz 2012):
  1. Tess (10) - skrócona wersja imienia Teresa
  2. Sophie (2) - imię greckie, oznacza "mądrość"
  3. Julia (3) - żeńska forma imienia Juliusz
  4. Emma (1) - skrócona forma średniowiecznych frankońskich imion
  5. Lisa (5) - skrót od hebrajskiego imienia Elisabeth
  6. Fenna (16) - bardzo niderlandzkie imię, oznacza strażniczkę pokoju
  7. Mila (18) - skrót od imienia Milena albo Emila
  8. Sara (13) - imię hebrajskie
  9. Lotte (9) - skrót od imienia Charlotte
  10. Zoë (nowość) - greckie imię oznaczające "życie", czasem używane jako grecki odpowiednik Ewy
  11. Eva (7) - biblijne imię
  12. Anna (4) - najpopularniejsze imię świata, rodowód hebrajski (od "Hanna")
  13. Fleur (12) - po francusku "kwiat", albo w innych językach "flora"
  14. Isa (6) - skrócona wersja Izabeli
  15. Lynn (11) - skrót od imion Caroline albo Catheline
  16. Evi (nowość) - jeden z wariantów imienia Ewa
  17. Lieke (14) - jak zwykle skrót, tym razem od Andżeliki
  18. Saar (8) - forma imienia Sara
  19. Noa (15) - imię hebrajskie, będące skrótem od (męskiego) imienia Noah (po polsku Noe, ten od arki)
  20. Sanne (19) - skróca forma imienia Susanne
Imiona żeńskie się trochę przetasowały w porównaniu z zeszłym rokiem, w zestawieniu mamy dwie nowości (Zoë oraz Evi), a wypadły dwa imiona: Sarah i Roos. Kilka imion zmieniło miejsce nawet o 10 czy więcej oczek, kilka innych notuje dokładnie takie same pozycje. Warto przypomnieć, że w Holandii można dziecku nadać dowolne imię (dowolny zbiór samogłosek i spółgłosek, pod warunkiem, że nie jest to imię obraźliwe i że różne jest od nazwiska).

Zobacz też:
* najpopularniejsze imiona męskie w Holandii w latach: 2009, 2010, 2011, 2012 oraz 2013 
* najpopularniejsze imiona żeńskie w Holandii w latach: 2009, 2010, 2011, 2012 oraz 2013
* nazwiska holenderskie

środa, 15 stycznia 2014

Imiona holenderskie 2013 - chłopcy

W roku 2013 urodziło się w Holandii około 176.000 dzieci, z czego ponad 90.000 chłopców. Oto lista najczęściej nadawanych imion chłopcom w Holandii w 2013, w nawiasie jest podane miejsce w ubiegłym roku (w przeszłości pisałem o najpopularniejszych imionach męskich w latach: 2009, 2010, 2011 oraz 2012)
  1. Sem (3) - imię hebrajskie, najstarszy syn Noego miał właśnie na imię Sem i był założycielem ludu zwanego potem Semitami
  2. Levi (6) - hebrajskie imię, Lewi syna Jakuba i Lei dał początek Lewitom
  3. Bram (2) - skrót imienia Abraham
  4. Daan (1) - skrócona wersja hebrajskiego imienia Daniel
  5. Finn (11) - imię z Irlandii i Skandynawii, w Holandii w wersji damskiej jest skrótem od Józefiny
  6. Milan (5) - imię z Czech i Bałkanów
  7. Lucas (4) - biblijne imię
  8. Luuk (7) - skrócona wersja Łukasza
  9. Jesse (16)- kolejne biblijne imię - syn Obeda i ojciec Dawida, późniejszego króla Izreala (słynne drzewo Jessego)
  10. Jayden (9) - młode imię, najprawdopodobniej z USA
  11. Tim (10) - skrócona forma greckiego imienia Tymoteusz
  12. Thomas (13) - także biblijno-aramejskie imię
  13. Thijs (8) - bardzo holenderska, skrócona wersja imienia Mateusz
  14. Noah (17) - po polsku Noe, ten od arki
  15. Julian (18) - łacińskie imię
  16. Ruben (15) - w Biblii Ruben był najstarszym synem Jakuba (to on właśnie uratował swojego brata Józefa, kiedy to pozostali bracia chcieli go zabić)
  17. Liam (20) - skrócona wersja imienia William, niegdyś tylko męskie, obecnie coraz częściej także dziewczynki noszą to imię
  18. Lars (14) - imię ze Skandynawii
  19. Stijn (12) - bardzo holenderska, skrócona wersja imienia Augustyn
  20. Sam (nowość) - skrót od hebrajskiego Samuela
Niewiele zmian, jak widać. Z pierwszej dwudziestki wypadł Max, zastąpił go Sam, a pozostałe imiona tylko się przetasowały. Wciąż dominują skróty i imiona hebrajskie, choć, przypominam, w Holandii można dziecku nadać dowolne imię (dowolny zbiór samogłosek i spółgłosek, pod warunkiem, że nie jest to imię obraźliwe i że różne jest od nazwiska). Co ciekawe, większość z tych imion w Polsce wyglądałaby dość dziwnie, choć niektóre z nich mają polskie odpowiedniki, z inną jednak pisownią (Thomas - Tomasz).
W następnym wpisie sprawdzimy imiona dziewczynek w 2013.

Zobacz też:
* najpopularniejsze imiona męskie w Holandii w latach: 2009, 2010, 2011, 2012 oraz 2013 
* najpopularniejsze imiona żeńskie w Holandii w latach: 2009, 2010, 2011, 2012 oraz 2013
* nazwiska holenderskie

Najpopularniejsze imiona w Amsterdamie w 2013

Centralne biuro statystyczne Holandii opublikowało niedawno kilka ciekawych zestawień, wśród nich najpopularniejsze imiona nadawane dzieciom w 2013 w Amsterdamie. W skali całego miasta najczęściej nadawane imiona dzieciom to Adam i Anna, co ciekawe w skali całego kraju to zupełnie inne imiona: Sem i Tess (skrót od Teressa).
W różnych dzielnicach różne imiona są na szczycie zestawień, np. w centrum, gdzie mieszka chyba najwięcej zachodnich obcokrajowców (czytaj: białych) najczęściej nadawne imiona chłopcom to: Gijs, Max, Olivier, Benjamin, Otto i Sebastiaan, a dziewczynkom: Anna, Julia, Tess, Pippa i Sophia.
W dzielnicach, gdzie mieszka dość sporo niezachodnich imigrantów (czytaj: kolorowych), czyli Noord, Oost i Zuidoost, popularne są troszkę inne imiona, a wśród nich Mohamed, Mohammed, Muhammad, Ahmed, Nassim, czy Emir dla chłopców, a dla dziewczynek: Aya, czy Shanaya - no cóż, w Amsterdamie mieszka ponad 50% cudzoziemców, a w niektorych dzielnicach odsetek ten sięga ponad 65%.
W następnych wpisach przyjrzymy się najczęściej nadawanym imionom w 2013 roku w Holandii: chłopcom i dziewczynkom.

środa, 25 września 2013

Broek in Waterland

Broek in Waterland jest miasteczkiem niedaleko Amsterdamu i jest świetnym celem krótkiej wycieczki poza miasto. Można tu zdecydowanie odetchnąć od zgiełku wielkiego miasta, a Broek jest ślicznym, wręcz bajkowym miejscem, które od dawna słynęło z urody i czystości, Mieszka tu zaledwie 2350 mieszkańców, dlatego też z reguły panuje przejmująca cisza i spokój. W XVII i XVIII wieku w Broek in Waterland osiedliło się wielu bogatych kupców i żeglarzy z Amsterdamu i wszyscy oni bardzo dbali o estetykę miejsca, w którym mieszkali.
Wiele domów pochodzi sprzed 1850 roku, a jakiekolwiek nowe budynki muszą stylem nawiązywać do otoczenia. Większość domów w Broek jest z drewna albo ma drewnianą fasadę, ale wszystkie są bardzo zadbane. Tutaj także, jak w prawie całej Holandii, wiele okien nie ma firanek i spacerując po miateczku można pozaglądać do wnętrz i zobaczyć, jak mieszkańcy je urządzili.
Do Broek in Waterland można łatwo dojechać autobusem z Amsterdamu, ale ze względu na bliskie położenie (tylko 8 km od Amsterdamu) jest też świetnym celem rowerowej wycieczki, w trakcie której można zobaczyć typowo holenderskie i bardzo płaskie pastwiska pełne krów, owiec i koni.

środa, 7 sierpnia 2013

Czy Polakom brakuje kultury pływania?

Holenderskie media znów podawały informacje o Polakach informując tym razem, że brakuje nam kultury pływania. To, że Polacy toną u siebie setkami, nie interesuje Holendrów, ale jeśli topią się w Holandii, to już media o tym mówią. W ciągu ostatnich paru dni, pomiędzy 1 a 4 sierpnia w Holandii utonęło pięcioro Polaków, z czego troje kilka kilometrów od Haarlemu, w którym mieszkam. Na zdjęciu obok właśnie jezioro pośród nadmorskich wydm, w którym tydzień temu utonął polski 19-latek.
Zbiegło się to akurat w czasie, kiedy w Polsce utonęła niedawno czwórka dzieci w Warcie. Holenderskie media podchwyciły temat informując, że w tym roku w Polsce miało miejsce ponad 300 utonięć. W ciągu tych wakacji w Holandii utonęło 14 osób, z czego połowa z Europy Środkowo-Wschodniej, a w ciągu ostatniego weekendu dokładnie 5 osób i to wszyscy z Polski. Tutejsze media twierdzą, że w Polsce brakuje kultury pływania, że szkoły nie uczą pływać i że rodzice nie zdają sobie sprawy z wagi tej umiejętności. Na korzyść Polaków świadczy tylko jeden czynnik - w Polsce sezon na pływanie trwa kilka miesięcy, podczas gdy w Holandii od kilku dni do maksymalnie kilku tygodni. Inna sprawa, że w Holandii jest tyle wody, że można przypadkiem wpaść do kanału o dowolnej porze roku. Statystyki niestety potwierdzają smutny dla Polski obraz - tylko 60% Polaków potrafi pływać, podczas gdy u Holendrów ten odsetek jest ponad 90%.
Warto podkreślić, że dla Holendrów nauka pływania jest bardzo ważna. Tutejsze dzieci odkąd ukończą cztery lata mogą ubiegać się o tzw. zwemdiploma (dyplom pływacki), który ma trzy stopnie: A, B i C. Wymagania oczywiście rosną z kolejnymi stopniami, trzeba przepłynąć odpowiednią odległość prawidłowym stylem pływackim, z czego część pod wodą, a także poradzić sobie w wodzie w ubraniu. Najmłodsze dzieci na stopień A muszą skoczyć do wody w podkoszulce, podczas gdy stopień C wymaga już butów, spodni i bluzy/swetra. Właśnie to skakanie w ubraniu do wody jest najbardziej widowiskową częścią zwemdiploma, rodzice z kamerami oblegają basen, a same dzieci mają z tego dużo frajdy.
Pamiętacie to podekscytowanie w liceum, kiedy kończy się 17 czy 18 lat i można wyrabiać prawo jazdy? W Holandii tak samo mają dzieci, dla których nauka pływania jest bardzo ważna, przekonują ich do tego szkoła i rodzice, a sama nauka jest tak zorganizowana, żeby dzieciom się bardzo podobała. Istnieje nawet powiedzenie "tłumy jak na zakończeniu kursu na zwemdiploma". Holendrzy są przekonani, że dziecko, które ukończy wszystkie trzy stopnie poradzi sobie w wodzie we wszystkich okolicznościach, nawet wpadając do niej w ubraniu. Zwemdiploma także jest wymagane w wielu sytuacjach, np. bez niego nie dostanie się pracy w straży pożarnej czy policji. Wiele basenów prowadzi także zajęcia dla rodziców z niemowlętami, które mogą chodzić na basen (oczywiście nie same), odkąd skończą 3 miesiące. Po ukończeniu zajęć takie niemowlę, które jeszcze nie ma roku, też dostaje dyplom, choć oczywiście nie zwemdiploma, a tylko pamiątkę, która do niczego nie uprawnia. Takie dyplomy jednak (razem ze zdobytymi potem zwemdiploma) ozdabiają pokój niejednego holenderskiego dziecka będąc powodem wielkiej jego dumy.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Edam

O serze edamskim słyszeli wszyscy, ale nie wszyscy chyba wiedzą, że nazwa tego sera pochodzi od małego, sennego holenderskiego miasteczka. Edam, bo to o nim mowa, położony jest ok. 20 km na północny wschód od Amsterdamu i ma dość długą historię, bo prawa miejske uzyskał już w 1357 roku. Do XVI wieku miasto kwitło na handlu, ale ze względu na swoje położenie nie nad otwartym morzem, ale nad dość płytką zatoką, straciło na znaczeniu, jak wszystkie inne portowe miasta w okolicy (poza Amsterdamem), gdy zatoka uległa zamuleniu.
Zauważyliście podobieństwo nazw? Słowo dam oznacza zaporę albo groblę, Amsterdam, nazywający się pierwotnie Amsteldam pochodzi od grobli na rzece Amstel. Tak samo nazwa Edam pochodzi od grobli na rzece E. Nie musicie szukać na mapie, dzięki pracom wodnym i budowie wielu kanałów rzeka E przestała istnieć.
Edam nie należy do najważniejszych atrakcji Holandii, ale mając kilka wolnych godzin w Amsterdamie warto się tam wybrać. Okolice są bardzo ładne, więc z Amsterdamu do Edamu można wybrać się także na fantastyczną rowerową wycieczkę, podziwiając po drodze kanały, pastwiska pełne zwierząt i kilka całkiem ładnych miasteczek. W wakacje w mieście odbywa się targ serowy, a w centrum, w zabytkowych kamieniczkach nad kanałami jest wiele sklepów z serami i pamiątkami. Na zdjęciu obok jest most w centrum Edamu, który jest dość charakterystyczny, bo jest znacznie bardziej szerszy niż dłuższy tworząc "garb" na głównym placu miasta. Edam praktycznie połączył się z miasteczkiem Volendam, do którego też warto się wybrać. Ale o tym już w następnym wpisie, już wkrótce.

wtorek, 9 lipca 2013

Szkoły Steve'a Jobsa - rewolucja w Holandii

Ciekawie wygląda porównanie ostatnich newsów dotyczących szkół w różnych krajach. W Polsce rodzice bronią sześciolatków przed szkołą jak kiedyś powstańcy niepodległości, brytyjskie pięciolatki mają uczyć się programowania, a później drukowania 3D, a w Holandii powstają szkoły "Steve'a Jobsa".
W połowie sierpnia rozpoczyna się rok szkolny i w Holandii poza setkami tradycyjnych szkół swoje drzwi także otworzy jedenaście całkowicie nowych szkół - bez tablicy, kredy, ocen, planu lekcji, piór, wyznaczonych zajęć, nauczycieli, za to z iPadem każdego dziecka i mottem "myśl inaczej" przyświecającym wszystkiemu. Około tysiąca dzieci w wieku do 12 lat już za parę tygodni zacznie naukę w takich rewolucyjnych szkołach, które będą otwarte od 7:30 do 18:30 każdego roboczego dnia, a dzieci mogą przychodzić i wychodzić o dowolnej porze, pod warunkiem, że będą w szkole pomiędzy 10:30 a 15:00. Jedynie Boże Narodzenie i Nowy Rok zmuszą szkoły do zamknięcia. Rodzice będą mogli w dowolnym terminie pojechać z dziećmi na wakacje, a dziecko nie opuści żadnych lekcji, bo... w szkole nie ma lekcji. Ta ostatnia zmiana zresztą w Holandii sama w sobie jest rewolucją, bo tutaj nie można z dzieckiem pojechać na wakacje, kiedy się chce. Rząd decyduje, kiedy która prowincja ma ferie (4 razy do roku) i wtedy oczywiście hotele, campingi, przeloty itp znacznie drożeją.
Każde dziecko będzie wyposażone w iPada, którego oczywiście będzie mieć ze sobą w domu i pewnie na wakacjach też, więc można powiedzieć, że nauka/szkoła będzie trwała cały czas. Dzieci będą mieć mnóstwo edukacyjnych aplikacji, ale także gry i same będą decydować o tym, co robią. Aplikacje służące do nauki mają być bardzo podobne do gier i dzieci same z siebie mają z nich korzystać, w ogóle do tego niezmuszane. Oczywiście rodzice i nauczyciele będą informowani o tym, ile czasu dziecko spędziło w jakiej aplikacji i jakie robi postępy. Jeśli dane dziecko robi słabe postępy np, w artymetyce, to podsunie mu się kilka innych aplikacji matematycznych, które być może lepiej jemu spasują. Co sześć tygodni nauczyciele i rodzicę będą się spotykali (osobiście albo poprzez telekonferencję na skype) i będą ustalać, czego dzieci mają się uczyć w następnym okresie. Rodzice, których nie stać na iPada mają dostać dotację.
Oczywiście taka szkoła nie posadzi nieruchomych dzieci przed świecącymi ekranami na całe dnie. Sporą część czasu dzieci spędzą tak jak w dotychczasowej szkole - będą rysować (na papierze!), budować struktury z klocków, bawić się fizycznie, gonić, rzucać zabawkami itp.
Co ciekawe, do podstawowych zadań szkoły nie należy nauka odręcznego pisania. Najważniejsza jest nauka arytmetyki, czytania i rozumienia tekstu, a pisanie odręczne spadło na dalszy plan. A co z nauczycielami? Nowe szkoły całkowicie odrzucają wizję nauczyciela stojącego przed klasą i wykładającego materiał. Nauczyciele mają nie przeszkadzać dzieciom, ale nadzorować ich zabawę i tylko w wyjątkowych przypadkach prowadzić lekcje.
Jest to wyjątkowa zmiana i może się nam wydawać bardzo rewolucyjna, ale warto przypomnieć sobie, jak wyglądały szkoły 100 lat temu - z lampami naftowymi, kałamarzami i biciem dzieci (właśnie obok zdjęcie z holenderskiej szkoły z początku poprzedniego stulecia). Przy tych dość wizjonerskich pomysłach z brytyjskich i holenderskich szkół, polska akcja "ratujmy maluchy" bardziej pasuje do roku 1913, a nie 2013.

niedziela, 9 czerwca 2013

Przedszkole - tu i tam - Holandia

Dziś przedruk, za zgodą autorki, tekstu o przedszkolu holenderskim. Autorem jest Gosia (mama Jagody), a tekst został opublikowany na blogu "O tym, że". Miłej lektury:

Jeśli mam być szczera, to w temacie holenderskiego przedszkola zaskoczyło mnie praktycznie wszystko... Po dwóch latach nie dziwi mnie już prawie nic ;) Znaczy –  aklimatyzuję się!

Na początku dziwiło mnie, że każdy, kto odkrywał powiększający się brzuch, praktycznie od razu zaczynał temat żłobko-przedszkola, że trzeba je organizować jak najszybciej! Parę miesięcy później okazało się, że faktycznie kryterium wyboru przedszkola dla Jagody będzie jedno  wolne miejsce ;) Ok, dla ścisłości, miałam jeszcze jedno malutkie kryterium… By dziecięca toaleta była za zamykanymi drzwiami, w osobnym pomieszczeniu, nie tam gdzie wszyscy się bawią i jedzą. Tak, tak, tu lepiej nie uruchamiać wyobraźni… Ale przejdźmy do konkretów.
Holenderskie dzieci do żłobko-przedszkoli zaczynają chodzić bardzo wcześnie. Urlop macierzyński jest brutalnie krótki, tylko 16 tygodni, obowiązkowo zaczynany na dwa do czterech tygodni przed terminem porodu. Łatwo więc wyliczyć, że dzieciaczki usamodzielniają się mając zwykle trzy-cztery miesiące. Oczywiście niektóre mamy poświęcają się macierzyństwu, ale jednak zdecydowana większość wraca do pracy od razu. O miejsce jest trudno, pierwszeństwo ma rodzeństwo dzieci będących już w żłobku, a że rodziny holenderskie są bardzo rozwojowe, na miejsce czeka się rok, albo i dłużej. Przyjmowane są dzieci od zera (dokładnie szóstego tygodnia życia) do lat czterech (szkoła jest obowiązkowa dla pięciolatków). Jagoda poszła do żłobka „późno, bo tuż przed pierwszymi urodzinami (teraz ma trzy latka). Chodzi do grupy z dziećmi w wieku do czterech lat, wzorowanej na modelu rodzinnym   dzieci wychowują się razem, jak rodzeństwo, obok siebie. I muszę przyznać, że faktycznie fajna to sprawa. Starsze dzieci uczą się uważać, opiekować i zwracać uwagę na niemowlaczki, np. nie można biegać w salce, bo łatwo nadepnąć małego pełzaczka ;) Niemowlaki natomiast uczą się, obserwując dzieci już chodzące, uczą się zachowania przy stole, dyscypliny, szybciej też podejmują próby wstawania...  Gdy byłyśmy w przedszkolu pierwszego dnia, Jagula rozpłakała się na widok hałasujących czterolatków, wtedy dzieci poprzynosiły jej książeczki, zabawki i rozśmieszały ją bawiąc się w:   A kuku! To był naprawdę uroczy widok :)

Są też grupy dla dzieci w podobnym wieku (do lat dwóch i od dwóch do czterech). W jednej grupie jest zapisanych maksymalnie 16 dzieci, na stałe są trzy panie, jednego dnia są zwykle dwie razem. Nigdy nie ma 16 dzieci równocześnie, bo rzadko które dziecko chodzi do przedszkola cztery dni w tygodniu (jak Jagoda), zwykle przychodzą na trzy lub tylko dwa dni. Rodzice wykorzystują różne przywileje, pracują na niepełne etaty, są tu specjalne dni  Mama / Papa Dag, czyli dzień wolny z dzieckiem, różnie regulowane w różnych firmach, ale jest to standard i nikogo nie dziwi, gdy matka nie pracuje pięć dni w tygodniu. Chyba warto zaznaczyć, że z tego przywileju chętnie też korzystają holenderscy ojcowie. Co ciekawe, nie znam żadnego polskiego taty (z tych tutejszych), który wykorzystywałby swój Papa Dag (tak, tak  nawet tata Jagody, niestety...)!
Przedszkole jest czynne od 7.30 do 18.00, oprócz dni świątecznych (w Holandii to tylko kilka dni w roku). W wakacje często zmieniają się panie w grupie, czasem nawet dochodzą z innych filii. Koszty za żłobko-przedszkole są wysokie, średnio 6.50 euro za godzinę (w placówkach prywatnych też). Na szczęście państwo dofinansowuje przedszkola (gdy rodzice pracują), a wysokość dofinansowania zależy od wysokości zarobków opiekunów i jest bardzo różna.

Posiłki są przygotowywane przez panie i razem z dziećmi jedzone przy jednym dużym stole. Maluszki siedzą na wysokich krzesełkach, dzieci starsze na ławkach. Rozkład posiłków i ich jakość pozostawia wiele do życzenia, ale sprawdza się i nie ma problemu, że dzieci nie jedzą. Jedzą, bo inaczej będą głodne ;) Tak jak zresztą do wszystkiego, w przypadku jedzenia panuje tu totalny luz. Je to je, nie to nie. Pierwszym posiłkiem o 9.30 są owoce i sok jabłkowy (z koncentratu). Duży talerz z kawałkami różnych owoców przechodzi od dziecka do dziecka, każde wybiera kawałek i podaje dalej. I tak kilka rundek. Jabłka, pomarańcze, banan, kiwi, gruszki  ze skórkami. Około południa jest lunch. Praktycznie taki sam każdego dnia. Dziecko wybiera do picia zimne mleko albo maślankę, a pani przygotowuje kanapkę. Do wyboru różne pyszności: ser topiony albo żółty, pasztetowa, miód, dżem, masło orzechowe, appelstroop (słodki syrop z jabłek), do tego margaryna i więcej grzechów nie pamiętam ;) Od święta pojawia się ogórek, papryka, czasem tosty z serem. Oczywiście panie jedzą razem z dziećmi, nie ma specjalnych osób do pomocy. Ewentualnie, gdy trzeba jakieś niemowlę karmić i brakuje rąk, wtedy nawet pani sprzątająca łapie za butlę ;) Ostatnim posiłkiem, w sumie przekąską, jest wafel ryżowy (np. z serkiem topionym), herbatniki albo krakersy (coś w stylu chlebków Wasa), do picia sok jabłkowy. Niestety dzieci nie dostają w ciągu dnia ciepłego picia i posiłków. Między 13.00 a 15.00 jest przerwa na sen, nieobowiązkowa, ale większość dzieci w wieku Jagody śpi, chociaż godzinkę. Dzieci śpią w naprawdę chłodnym (naprawdę!) pokoju, niemowlaczki często na dworze w wózkach lub specjalnych budkach  wyglądających jak klatki dla ptaków (chyba nie trzeba dodawać, że temperatura na dworze nie ma tu większego znaczenia). Na szczęście rodzic decyduje, czy w ogóle podoba mu się ten pomysł .

W przedszkolu nie ma zajęć dodatkowych (myślę, że gdybym zapytała dyrektorkę o zajęcia dodatkowe, zupełnie nie wiedziałaby, o czym mówię ;) Przedszkole nastawione jest na swobodną zabawę, nie na edukację. A jeśli już to bardziej na naukę samodzielności. Ogólnie zajęć kreatywnych jest zdecydowanie mniej niż w polskich przedszkolach, choć dużo układa się drewnianych puzzli, sporo rysuje, lepi z ciastoliny. Są tematy, o których się z dziećmi rozmawia, coś tam robi a propos np. zwierząt, wiosny, czy rodzenia dzieci ;) Ale bardziej w tle, nic na siłę. Nie siada się na dywanie (aaa nie ma dywanu!), gdy pani proponuje jakąś zabawę, kto chce się bawi, reszta robi co chce. Gdy pani czyta książeczkę, kto chce obsiada ją, słucha, przewraca strony, reszta robi co chce. Dzieci bawią się tu czym chcą, z kim chcą, jak chcą. Mają do dyspozycji zabawki, książki, ale i sprzęty domowe (np. starą klawiatura do komputera, telefony, łyżki, butelki z kolorowymi płynami, chochle itp). Dzieci mogą nawet wędrować do sąsiednich grup, co ciocie komentują:  U sąsiada trawa zawsze bardziej zielona...

Najważniejszym miejscem zabawy i tak jest podwórko. Teren duży, są pagórki, zjeżdżalnie, kilka piaskownic, mostek. Ogólnie dość niebezpieczny. Dla jednych po prostu nieprzystosowany, dla innych prawdziwe pure nature ;) Stare opony do zabawy i metalowe retro rowerki. Na dworze spędza się prawie każdą wolną chwilę. Gdy ciepło – praktycznie całe dnie, gdy mocno pada lub wieje  troszeczkę mniej ;)

To co w holenderskim przedszkolu najbardziej rzuca się w oczy polskiej mamie, to luz w zajmowaniu się dziećmi, luz graniczący mocno z niezajmowaniem się nimi w ogóle. Panie są, ale trochę jakby ich nie było. I bałagan, nieład, porozrzucane zabawki, kaloszki. Ogólnie sajgonik. I jeszcze dzieci jedzące piasek na dworze, umorusane i zasmarkane. Maluch może przeciągnąć przez pół podwórka gałąź większą od siebie, mijając panie, one tylko schodzą mu z drogi (ja w tym czasie rzucam się, by przesunąć Jagodę, która jeszcze nie chodzi, z pola rażenia). Dziecko, jak usiądzie na ziemi, to siedzi. Gdy wpadnie do kałuży, to mokre jest do momentu, aż ktoś wreszcie się zorientuje, itd. Panie zdecydowanie nie latają ze ściereczką wycierając buźki ;) To jest to, co mocno dziwi i bulwersuje. I niestety trzeba się do tego przyzwyczaić. Choć luz ten pociąga za sobą czasem nieprzyjemne konsekwencje, np. szukanie dziecka po całym przedszkolu (nie zdarzyło się Jagodzie, ale znam kilka takich historii)…

Z drugiej strony podoba mi się, że na dzieci się nie krzyczy, rozmawia się z nimi i tłumaczy. Siła spokoju! Gdy jakieś łobuzuje przy stole, idzie przemyśleć sprawę na kanapę, potem wraca. Wszystko załatwia się na spokojnie. Nie ma rygoru, ale też dzieci, które w żłobku wychowują się prawie od urodzenia, szczególnej dyscypliny nie potrzebują, wiedzą jakie są zasady i wierzcie lub nie  stosują się.
Kiedyś zapytałam ciocię N., jak to robi, że 12 dzieci (w różnym wieku!) siedzi grzecznie przy stole, praktycznie bez pisknięcia i czeka aż ona sama naleje każdemu sok i poda krakersy... Ona zdziwiona odpowiedziała tylko: – No siedzą, bo wiedzą, że zaraz dostaną jeść ;) Czyż to nie jest banalnie proste?
Nasze przedszkole... Lubię i nie lubię. Jagoda często wraca w zmienionych ciuchach, a w woreczku czekają na mnie niewiarygodnie mokre i ubłocone rajtuzki, nieraz ubłocone i mokre jest prawie wszystko… Najpierw się wściekam. Potem myślę:  No i co w tym złego? Spokojnie! Widać miała ubaw po pachy! Wiem, że miała! No przecież nie będzie całe życie po kałużach skakać...  Ale kto wie, może właśnie dzięki takiemu podejściu  bez stresu, będzie bez oporów całe życie po kałużach skakać? W chwilach zwątpienia myślę, że i tak najważniejsze jest to, jak Ona tam się czuje. A widzę, że czuje się dobrze, swobodnie... I radosna jest jak w domu!

Dziękuję Gosi za zgodę na przedruk tego ciekawego tekstu.

Zobacz też o Holandii:
* najpopularniejsze imiona męskie w Holandii w latach: 2009, 2010, 2011, 2012 oraz 2013 
* najpopularniejsze imiona żeńskie w Holandii w latach: 2009, 2010, 2011, 2012 oraz 2013
* nazwiska holenderskie

piątek, 7 czerwca 2013

Chodzą ulicami ludzie

W poprzednich latach pisałem (tu i tu) o tradycji marszów w Holandii. Holenrzy, mimo iż żyją na kupie i nie mogą ani chwili odpocząć od towarzystwa, zbierają się co roku na czterodniowe marsze, które mają wersję całodzienną (dystanse ok. 20-50 km dziennie) w maju oraz wieczorną w czerwcu. W Haarlemie akurat teraz (4-7 czerwca) są te cztery wieczory. Trasy są następujące: 5 km co wieczór z limitem wieku 5 lat, 10 km co wieczór z limitem wieku 8 lat i 15 km każdego wieczora dla uczestników od 14 lat. Akurat wczoraj było mi dane iść dokładnie trasą spaceru 5-kilometrowego, tylko że w przeciwną stronę, co nie było takie łatwe. Inna sprawa, że kolumna marszu na trasie 5 km była rozciągnięta na ponad 2 km :) Wśród uczestników zdecydowanie dominowały dzieci, te poniżej limitu wieku w wózkach.
Trzeba przyznać, że w tym roku pogoda Holendrom wybitnie dopisała. W czasie, gdy w Polsce, Czechach, Austrii jest nie tak ciepło, a ciągle padające deszcze podowują powodzie , na zachodzie Europy od kilku dni jest bezchmurne niebo, pełne słońce i bardzo ciepło, z temperaturą do 25 stopni, co na wybrzeżu Holandii bardzo rzadko się zdarza. Niedawno słyszałem taki żart: "Bardzo lubię lato w Holandii i nie mogę się doczekać tego jednego dnia w roku", w którym jest sporo prawdy, bo ładna pogoda zdarza się w styczniu, maju czy październiku, a lipiec i sierpień, przynajmniej od kilku lat, bywają zazwyczaj deszczowe, pochmurne i nie za ciepłe.

wtorek, 14 maja 2013

Holenderskie nazwiska - historia

O koronacji i nowym królu Holandii było dużo w polskich mediach, a nic innego się w Holandii nie działo, więc trzeba znaleźć jakiś inny temat :) Kilka lat temu pisałem o holenderskich nazwiskach. Sama lista najpopularniejszych nazwisk nie zmieniła się bardzo, ale warto wspomnieć, skąd w ogóle w Holandii wzięły się nazwiska i dlaczego niektóre z nich są dość śmieszne, nawet dla samych Holendrów. Warto tu dodać, że generalnie na zachodzie Europy ludzie noszą czasem dziwne nazwiska, ale jakoś to ludzi nie śmieszy, np. jeden z byłych niemieckich polityków, Helmut Kohl, ma nazwisko, które po polsku znaczy "kapusta" :)
Najpierw małe tło historyczne: w roku 1795 wojska rewolucyjnej Francji zajęły ówczesną Holandię. W 1806 Napoleon Bonaparte na tronie Holandii posadził swojego brata Ludwika Bonapartego, a w 1810 anektował całe Niderlandy do Francji. Francuzi wprowadzili wiele reform, jedną z nich było wprowadzenie w 1811 roku obowiązku posiadania nazwiska. W tym czasie nazwiska (związane z rodem) posiadała głównie arystokracja. Większość kraju jednak, często niepiśmienna, używała imion oraz dodatkowo przezwisk czy dodatkowych określeń pozwalających na identyfikację: np. Jansens (syn Jana), van Zeeland (z Zelandii), van Dijk (z grobli/tamy),
van der Zee (znad morza) itp. Wiele z tych określeń w sposób naturalny stało się nazwiskami i niektóre z nich są wciąż bardzo popularne do dziś.
Dla niektórych jednak Holendrów wymóg posiadania nazwiska był idiotycznym wymysłem okupanta i byli oni pewni, że wkrótce Holandia wyzwoli się i anuluje wszystkie takie, według nich bzdurne, zmiany. Dlatego oni, czasem dla żartu, czasem jako wyraz buntu czy niechęci dla okupanta, przybierali dość dziwne nazwiska: Pottjebier (szklaneczka piwa), Deurnat (mokre drzwi?), Snip (kiep), Kleinvogel (mały ptak), Vettevogel (tłusty ptak), Piest (siuśki), Scholier (uczeń),Vroegrijp (przedwczesny), Schmertz (pech/kupa), Onrust (zamieszki/niepokój) itp. Wkrótce, bo w 1813, po klęsce Napoleona pod Lipskiem, Holandia ogłosiła niepodległość, ale nazwiska zostały. Dlatego, jak spotkacie Holendra o nazwisku Piest, postarajcie się nie uśmiechać znacząco :)
A powyżej, z całkowicie innej beczki, widoczek sprzed roku z Amsterdamu.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Czytelnictwo

Dzisiejszy wpis może być bolesny dla niektórych czytelników. Nie tak dawno media w Polsce omawiały badania, z których wynika, że ponad 60% Polaków w roku 2012 nie przeczytało ani jednej książki. Czytelnictwo (a raczej jego brak) na tym poziomie utrzymuje się zresztą co najmniej 10 lat. W Holandii wygląda to zupełnie inaczej, więc postanowiłem trochę przybliżyć temat.
Niestety nie udało mi się znaleźć żadnych świeżych danych, ale wiem, że w roku 2008 prawie dokładnie 90% mieszkańców Holandii przeczytało choć jedną książkę. Najczęściej czytane książki to beletrystyka, najczęściej fikcja literacka, w tym sporo horrorów i fantastyki. Co ciekawe, najczęściej czyta się lokalnych autorów, a literatura niderlandzka nie jest zbyt szeroko znana poza granicami kraju. Prawdopodobnie najbardziej znaną na świecie książką z Holandii są Pamiętniki Anny Frank.
W Holandii widać, że ludzie czytają książki, w TV w paśmie o dobrej oglądalności są programy o książkach, na plakatach na mieście oraz w telewizji można zobaczyć reklamy książek, jest też dość sporo księgarni, w których książki są stosunkowo tanie (w porównaniu do zarobków). Jest też sporo bibliotek, które są nowoczesnymi i często odwiedzanymi miejscami. W bibliotece można uzyskać dostęp do internetu, a także przy kawie czy herbacie poczytać świeżą prasę. Wypożyczać można nie tylko typową popularną literaturę (spośród których dużo nowości), ale także przewodniki turystyczne, poradniki, słowniki, podręczniki, masę książek dziecięcych, ale także płyty z filmami. Dużo w bibliotekach jest książek obcojęzycznych, dominuje wśród nich oczywiście język angielski, ale np. jedna z biblbiotek w mieście, gdzie mieszkam (Haarlem) ma książki w kilkudziesięciu językach, w tym paręnaście pozycji po polsku.
Co ciekawe dostęp do bibliotek jest płatny, są różne abonamenty, przykładowo w Haarlemie podstawowy kosztuje 36€ rocznie, ale dopłaca się parę € za wypożyczenie filmu i można mieć pożyczonych maksymalnie 8 książek do trzech tygodni (filmy na tydzień tylko). Droższy abonament (50€) pozwala pożyczyć do 16 książek do sześciu tygodni, a filmy (darmowo) na dwa tygodnie. Książki można zwracać o dowolnej porze dnia i nocy wrzucając je po prostu do "dziury" w ścianie biblioteki :)
A co Holandia robi, żeby promować czytelnictwo? Dzieci do uzyskania pełnoletności korzystają z bibliotek za darmo, a każde dziecko, gdy skończy 3 miesiące dostaje specjalny prezent od biblioteki - kuferek z dwiema książeczkami (na zdjęciu). A w Polsce? W Polsce jutro obchodzimy rocznicę wypadku w Smoleńsku, kto by tam zajmował się jakimś tam czytelnictwem, po co to komu...

niedziela, 24 marca 2013

Tydzień książki

Jeśli dziś w Holandii podróżując pociągiem widzielibyście kogoś, kto zamiast biletu konduktorowi pokazuje książkę, to nie oznacza to, że nadużyliście marihuany czy holenderskiej (wątpliwej) gościnności. Dziś, jeden dzień w roku można mieć książkę zamiast biletu. Już wyjaśniam, o co chodzi.
Pomimo iż w holenderskiej telewizji w dość atrakcyjnym czasie antenowym są stosunkowo często programy poświęcone książkom czy pisarzom, to przez jeden tydzień w roku media poświęcają szczególnie dużo uwagi narodowej literaturze. To Boekenweek, czyli tydzień książki, który czasem trwa 8, a czasem nawet 10 dni :)
Tradycja jest dość długa, bo pierwszy tydzień książki zorganizowano w marcu 1932 roku i od tamtej pory co roku (z przerwą na II wojnę) w marcu odbywa się impreza poświęcona holenderskiej literaturze. Tydzień książki zaczyna się bardzo elitarnym balem, na który zapraszane są postaci ważne dla niderlandzkiej literatury. Dostać się na ten bal jest bardzo trudno, dlatego w tym samym czasie, w budynku nieopodal odbywa się "bal wykluczonych", czyli tych, którzy nie dostąpili zaszczytu zaproszenia :) Co roku jeden pisarz (z reguły Holender) dostaje zaszczyt napisania Boekenweekgeschenk (dosłownie: prezent tygodnia książki), czyli cienkiej książeczki będącej nowelą czy zbiorem kilku krótkich opowiadań. Tą książkę dostaję się za darmo (stąd: prezent) przy zakupach w księgarni powyżej określonej kwoty (ostatnio 12.50€). Abonenci niektórych bibliotek dostają ją w ogóle gratis za samo członkowstwo. Boekenweekgeschenk drukowany jest w setkach tysięcy egzemplarzy, co w przeliczeniu na rozmiar Polski oznaczałoby nakład pomiędzy jednym a dwoma milionami...
W niedzielę kończącą tydzień książki (w tym roku 16-24 marca, czyli dziś) można po całym kraju podróżować pociągami za okazaniem właśnie tej cienkiej książeczki.
Dzieci też mają swój tydzień książki, który odbywa się w październiku. Także zaczyna się wielką imprezą Kinderboekenbal. Dla dzieci także pojawia się Kinderboekenweekgeschenk, czyli książeczka rozdawana za darmo do zakupów literatury dziecięcej, a dla dzieci nieumiejących czytać jest nawet książka z obrazkami Prentenboek van de Kinderboekenweek.
O tym, co Holandia robi, żeby zachęcić dzieci do czytania będzie w następnym wpisie. Tymczasem na obrazku obok księgarnia w Utrechcie - obowiązkowo z rowerami.

sobota, 23 marca 2013

Ruigoord - wolna wioska artystów

Ruigoord to była wyspa i była wieś, obecnie w granicach administracyjnych Amsterdamu. Może nie wszyscy wiedzą, ale w okolicy Amsterdamu jest też całkiem spory port i właśnie wioska ta padła ofiarą rozbudowy portu. W latach sześćdziesiątych wszystkie domy odkupiono i mieszkańcy wynieśli się ze wsi. W kolejnych latach sukcesywnie burzono kolejne fragmenty wsi i wznoszono na nich infrastrukturę portową. Jednak we wczesnych latach siedemdziesiątych rozbudowa portu stanęła i w 1973 ocalały fragment wsi zaanektowała grupa artystów. W Holandii są długie tradycje "anekcji" pustostanów (squatting), szczególnie w tych czasach w Amsterdamie nie było to nic dziwego - łupem squattersów padły setki budynków. Jednak Ruigoord przetrwał aż do teraz. Obecnie wioska artystów składa się z kilkunastu budynków skupionych wokół budynku dawnego kościoła, który teraz jest świetlico-kawiarnią. Na całym terenie jest sporo rzeźb, instalacji, a w prawie każdym domu mieści się jakaś pracownia, atelier czy coś podobnego. Trochę ma to klimat kopenhaskiej Christianii, tym bardziej, że mieszkańcy nazywają swoją wioską "wolnym kulturalnym portem Ruigoord". Oczywiście teraz jest to wszystko zalegalizowane, jednak wciąż tam mieszkają ludzie wyglądający dość hipisowsko :) Ciekawostką jest to, że port w późniejszych latach się jednak rozrastał i otoczył prawie ze wszystkich stron osadę artystów. Zdjęcie obok (pochodzi ze strony Ruigoord) przedstawia już trochę już nieaktualny widok z lotu ptaka (polecam obejrzeć powiększenie). U samej góry zdjęcia widać hałdy przeładowywanego węgla, po lewej zbiorniki gazu, nad wsią infrastrukturę do przepompowywania gazu, a po prawej wielkie hale, od których wiatr niesie bardzo mocny zapach kakao (okazuje się, że Amsterdam to największy na świecie przeładowczy port kakao). A nad tym wszystkim górują ooolbrzymie wiatraki, które generują 10% prądu zużywanego przez mieszkańców Amsterdamu. Wieś artystów działa prężnie - w pracowniach powstają różne dzieła sztuki (oraz pewnie także przy okazji "dzieła" "sztuki"). We wsi odbywają się różnego rodzaju festyny, kursy technik artystycznych, dziś akurat niemłode panie uczyły się gry na bębnach (wszystko oczywiście w byłym kościele). Mają tu także miejsce festiwale, w tym np. kilkudniowy międzynarodowy festiwal poetycki. Ruigoord nie jest wielką atrakcją turystyczną, jednak wszyscy mieszkańcy są bardzo mili dla zwiedzających ich wieś, a w przeciwieństwie do Christianii tu wszędzie można robić zdjęcia.