czwartek, 17 grudnia 2009

Śnieg!


A niech narodowie wżdy postronni znają, iż Holendrzy nie gęsi i swój śnieg mają. Rzadko bo rzadko, ale zdarza się, że w Holandii spadnie śnieg. Rok temu śniegu prawie w ogóle nie było - mróz tak, ale śnieg raczej nie - bardziej taka szadź. Ostatnie kilka zim było dość ubogich w śnieg, więc dla młodszych dzieciaków to naprawdę atrakcja. Niektórzy Holendrzy nie musieli aut odsnieżać dzisiaj, bo dzieci wysprzątały je dokładnie robiąc śnieżki :)
W Holandii, jeśli już jest mróz, to z reguły jest wtedy bezchmurna pogoda. Chmury zimą oznaczają "kołderkę" nad krajem i dodatnią temperaturę. Dzisiejsza pogoda jest raczej rzadkością, a prognozy wskazują, że śnieg poleży jeszcze jutro, ale już przez weekend się roztopi. Na razie wszyscy trzymają łyżwy głęboko w szafach, ale może w styczniu pojawią się znów ludzie na lodzie!
Polecam kliknąć na zdjęcie celem powiększenia - rowery przysypane śniegiem to rzadki widok :)

wtorek, 15 grudnia 2009

Co Holendrzy jedzą? Czekoladowe literki :)

Pisząc kilka dni temu o czekoladowych literkach zapomniałem dodać, że Holendrzy je także jedzą :) Obiecałem także podać trochę liczb i ciekawostek, więc nie marnujmy czasu:
Tylko Holendrzy produkują teraz czekoladowe literki, eksportują je także do wielu krajów, w których mieszkają holenderscy osadnicy, jak na przykład Kanada czy USA. Roczna produkcja sięga wielu milionów sztuk, rynkowy potentat, firma Droste, produkuje ich 20 milionów, następna firma, de Heer, 10 milionów, a są także inni producenci. Około 2/3 sprzedawanych literek jest z mlecznej czekolady, na drugim miejscu jest czekolada biała, najmniej chętnie kupowane są gorzkie.
Oczywiście producenci nie produkują takich samych ilości każdej literki, każdego roku badają, jakie imiona są najczęstsze wśród dzieci, a zmienia się to tak samo często jak w Polsce. Z reguły najwięcej sprzedaje się 'M', mimo iż słowo "mama" to nie imię :) Na drugim miejscu jest S (od Sinterklaas), które także bywa uniwersalną literką dla każdego (np. prezent od firmy dla każdego pracownika) i może także zastąpić brakującą literkę (co ma dostać taki np. Łukasz?). Niektóre firmy w ogóle nie produkują liter 'Q', 'U', 'X', 'Y', 'Z', a także 'I', ponieważ wydaje się ona wielu niezgrabna i strasznie chuda. 'O' i 'V' są najmniej popularne. Niektóre dzieci marzą, by ich imię zaczynało się od 'M' albo 'W', mimo iż wszystkie literki mają tak naprawdę taką samą wagę i zawierają tyle samo czekolady :)
Dla chcących zgłębić temat polecam poczytanie o najpopularniejszych holenderskich imionach chłopców i dziewczynek. A na zdjęciu obok znak (dosłownie) czasu - czekoladowe arabskie literki - dla przybyszów spoza Europy, co jednocześnie chcą i nie chcą integrować się z holenderskim społeczeństwem.

niedziela, 13 grudnia 2009

Czekoladowe literki

Rok temu przy okazji Mikołaja pisałem o czekoladowych literkach. Pora uzupełnić informacje, tym bardziej, że temat jest bardzo ciekawy i smakowity.
Holendrzy są jedynym narodem na świecie obdarowującym się czekoladowymi literkami. Od początku października do 5 grudnia włącznie, sklepy sprzedają czekoladowe literki różniące się głównie wielkością i smakiem oraz oczywiście kształtem. Po 5 grudnia nie ma przecen czy wyprzedaży - wszystkie niesprzedane literki wracają do producenta, który przerabia je na inne słodycze i pewnie wracają do sklepów przy okazji Wielkanocy :)
Tradycja ta, co ciekawe, korzenie ma w zamierzchłych germańskich czasach, kiedy to dzieci przy urodzeniu były obdarowywane runiczną literą z chleba - symbolem powodzenia i szczęścia. W średniowieczu niektóre klasztorne szkoły używały także liter z chleba do nauki i karmienia dzieci, co za szczyt praktyczności :) W holenderskich muzeach jest także kilka obrazów zachowanych z XVII wieku przedstawiających "martwą naturę z literkami chlebowymi" :)
W XIX wieku zaczęto pakować prezenty dla dzieci w ozdobny papier i na każdej paczce umieszczano wykonaną z chleba pierwszą literę dziecka, do którego adresowany był dany prezent, wtedy właśnie zaczęto w Holandii kojarzyć takie literki z Mikołajem. Od połowy XX wieku używane są głównie literki czekoladowe, natomiast wciąż jeszcze widzi się literki z chleba, masy marcepanowej, czy nawet... kiełbasy :)
Oczywiście nie tylko dzieci dostają literki, jest to uniwersalny prezent dla dorosłego, często nawet firmy obdarowują pracowników czekoladową literką. Na zdjęciu obok przedstawione są właśnie opakowania takich literek. W następnym wpisie, już na dniach, napiszę o tym, ile czekoladowych literek produkują rocznie Holendrzy i jakie literki są kupowane najczęściej, jakie najrzadziej i czy naprawdę warto mieć imię zaczynające się od takiej "dużej" litery jak 'M' abo 'W' :)

środa, 9 grudnia 2009

Co Holendrzy jedzą? Oliebollen czyli pączki

Na pewno wspominałem wcześniej, że sporo holenderskich specjałów jest sezonowych. Zgnite śledzie są dostępne na jesieni, ale to właśnie zima ma najwięcej swoich unikalnych przysmaków. Jednym z nich są oliebollen, dość podobne do tradycyjnych polskich pączków, ale w Holandii do kupienia tylko od grudnia do lutego. Może to kwestia tego, że przez pierwsze 30 lat życia jadłem tylko pączki, ale ich podróbki, czy to są donuty, czy oliebollen, nie za bardzo mi smakują.
Oliebollen mają ciasto wyrabiane i smażone bardzo podobnie do pączków, jednakże są dużo bardziej tłuste i "gumowe". Może to wynika z tego, że prawdziwe pączki robi się na smalcu, a holendrzy używają oleju roślinnego?
Polskie pączki z reguły różnią się nadzieniem, którym jest róża albo inna konfitura, rzadziej budyń, za to ciasto jest chyba zawsze takie same. Oliebollen z kolei nie mają tradycyjnego nadzienia, ale często do ciasta dodaje się rodzynki, marcepan, kawałki jabłek i inne dodatki, co jest świetnym pomysłem i tylko czekam, aż któryś z polskich cukierników to skopiuje. Bardziej wyszukane oliebollen przekrawa się na pół i sprzedaje z dodatkami, którymi są wiśnie, jabłka, budyń, bita śmietana, masa rumowo-rodzynkowa, imbirowa itp, co widać na zdjęciu obok. Tak, ceną także oliebollen biją na głowę polskie pączki :)
Zarówno pączki jak i ich holenderskich kuzynów posypuje się cukrem pudrem, z tym że w Holandii cukier puder dołącza się do pączków w malutkich woreczkach i posypuje się oliebollen tuż przed spożyciem. Są one pokryte taką ilością tłuszczu, że każda ilość cukru rozpuści się na nich szybko, więc dekorowanie ich w cukierni nie ma sensu. Hmm... z tą cukiernią, to troszkę przesadziłem, bo zdecydowana większość oliebollen sprzedawana jest z przyczep ustawionych na mieście, w których często się je na miejscu smaży. Podczas mroźnego wieczoru z dala od domu nie ma to jak zjeść właśnie takiego świeżutkiego i gorącego oliebola... ale polskie pączki i tak są lepsze!

sobota, 5 grudnia 2009

Sinterklaas

Już rok temu pisałem o Sinterklaasie (polecam przeczytać!), w 2009 też w końcu doczekaliśmy się Mikołaja (piątego, nie szóstego grudnia). Chyba wszystkie holenderskie dzieci dziś dostały prezenty od Sinterklaasa. Zresztą już od paru tygodni, od czasu przyjazdu Mikołaja do Holandii, dzieci umieszczały koło kominka swoje buciki zostawiając w środku marchewkę dla konia (tak, tak, konia - nie renifera) mikołajowego i znajdując tam rano drobne słodycze. Ten zwyczaj nawet przejęły sieci handlowe, w niektórych supermarketach dzieci mogą zostawić swoje buciki w wyznaczonych miejscach. Niestety moje buty tam się nie mieściły, więc nie wiem, jak ten mechanizm działa i co się dostaje :)
Jak zwykle Mikołaj ma przy sobie gromadkę psotnych czarnych Piotrusiów, które to są nieodłącznymi jego towarzyszami. Wszystkie przedszkola od paru tygodni przygotowywały się do 5 grudnia, z uwagi na wypadającą tego dnia sobotę, w piątek dzień wcześniej chyba wszystkie przedszkolaki na specjalnej imprezie dostały prezenty. Starsze dzieciaki też dostały coś w prezencie - skrócone lekcje :) A następnego dnia Mikołaj przybędzie do Polski, życzę dużo prezentów pod poduszką!
A na zdjęciu obok jeden z kilku Sinterklaasów spotkanych dzisiaj w centrum Haarlemu. Nie wiem, czy to jest właśnie ten jeden prawdziwy, niestety żaden z nich nie był na koniu, a co najgorsze - żaden mi nie oferował prezentu. Że co? Że za stary jestem???

wtorek, 1 grudnia 2009

Znikoma szkodliwość marihuany

Każde polskie dziecko wie, że źli imperialiści wymyślili narkotyki, żeby zniszczyć zdrową tkankę narodu, polskiego także. Jakiś tydzień temu napisałem o tym, że Holendrzy nie używają trawki, jednak komentarze pod postem uświadomiły mi, że są także dorośli wierzący w bajeczki o imperialistach i tkance. Mimo, że ten post nie będzie troszkę na temat, myślę, że warto przybliżyć trochę prawdy.
W Polsce zawsze była silna fascynacja kulturą anglosaską, kiedyś ludzie bardziej marzyli o wyjeździe do USA niż do UE, więc myślę, że dane z UK będą w jakimś stopniu odpowiadały Polsce. Polecam kliknąć na obrazek obok (za Information is Beautiful), by go powiększyć i przestudiować. Rozmiar kółka po lewej odpowiada ilości zgonów z powodu danej używki, rozmiar kółka z prawej pokazuje szum medialny na ten temat.
Jakie można wyciągnąć wnioski? Alkohol i różne powszechnie stosowane lekarstwa, włącznie z paracetamolem powodują więcej zgonów niż marihuana, która zabija tak samo skutecznie jak aspiryna. Sam alkohol zabija 36 razy więcej ludzi! A uwaga mediów przedstawia się dokładnie odwrotnie - media kreują z niczego zgody spowodowane marihuaną, za to nawet nie zająkną się o śmiertelności alkoholu czy powszechnie stosowanych lekarstw.
Ja sam nie używam żadnych narkotyków ani substancji psychotropowych (pomijając niewielkie ilości alkoholu) i nie zachęcam nikogo. Mimo iż za rogiem (jakieś 100 metrów od domu) mam najbliższy coffee-shop, nie używam marihuany. Także jej nie kupuję, nie wciskam dzieciom do ręki, nie namawiam nikogo do palenia. Jedynie polecam samodzielne myślenie i zbieranie informacji, a nie bezmyślne powtarzanie za mediami. Jeśli następnym razem usłyszycie, jaka to marihuana jest szkodliwa, i że policja zlikwidowała kolejną plantację zielonej śmierci, to pomyślcie, że substancje dużo bardziej szkodliwe i mające na sumieniu dziesiątki więcej ofiar, są dostępne w każdym sklepie, ba, nawet są używane podczas prawie każdego nabożeństwa w Polsce, a lekarze każą je zażywać! :)
Mimo, iż ten post wydaje się nie na temat, to myślę, że pozwoli niektórym zrozumieć, że Holandia ze swoim dość liberalnym podejściem do trawki, kieruje się racjonalnym myśleniem, a nie emocjami mediów sponsorowanych przez i należących do koncernów alkoholowo-tytoniowo-medycznych, choć niestety zmienia się tutaj na gorsze. W zeszłym roku z powodu _jednej_ śmierci (i to turystki) po zjedzeniu grzybków, zostały one zakazane. A alkohol i paracetamol wciąż bezkarnie mordują zdrową tkankę narodu...

sobota, 28 listopada 2009

Pies - produkt eksportowy Holandii

Każdy wie, że Holandia eksportuje kwiaty i sery oraz, bardziej nieoficjalnie, produkty zielarskie (np. susz konopii). Mało kto jednak zdaje sobie sprawę z tego, że Holandia jest także na czele stawki w eksporcie psów tropiących. Jeśli gdziekolwiek w telewizji widzicie psa, który zabezpiecza teren wokół jakiegoś vipa albo szuka narkotyków na granicy, jest spora szansa, że jest to pies pochodzący właśnie z Holandii. Armie i służby celne z całego świata używają psów wyszkolonych w Niderlandach. Dlaczego?
Były szef wydziału psów tropiących w NATO, który także jest holenderskim hodowcą psów, wyjaśnia: "Holendrzy zżyli się z psami wiele wieków temu. Jesteśmy narodem kochającym psy, w przeciwieństwie do wielu innych krajów, gdzie nie mają one żadnego szczególnego statusu". Podejrzewa, że chodzi tu o specjalny zmysł, który ułatwia kontakt z psami: "Myślę, że jest to ton głosu. Na całym świecie ludzie mówią po prostu 'dobry piesek' i już. My wkładamy wiele emocji do naszego głosu, gdy mówimy do psów". Innym powodem może być to, że tak jak z końmi i bydłem, Holendrzy zajęli się krzyżowaniem i selektywną hodowlą psów dużo wcześniej niż inne nacje.
Popyt na holenderskie psy jest tak duży, że lokalni hodowcy nie nadążają z "produkcją", więc sprowadza się szczeniaki z innych krajów. W Holandii są one "socjalizowane" i szkolone. Co ciekawe, z psów do wykrywania narkotyków nie robi się ćpunów, tylko w trakcie szkolenia bawią się one zabawkami, np. piłkami, nasączonymi zapachem określonych rodzajów narkotyków. Gdy pies przegląda bagaże na lotnisku, tak naprawdę szuka on swojej ulubionej zabawki, a nie kolejnej "działki".
Kto poza policją i podobnymi służbami jest odbiorcą takich psów? Okazuje się, że coraz częściej wykorzystywane są one także przez prywatne firmy, np. do sprawdzania pracowników w dużych korporacjach, a w Rotterdamie psy przeszukują kontenerowce w poszukiwaniu pasażerów na gapę.
Na zdjęciu obok psy służące jako wycieraczka (i z pewnością także jako ochrona, niech nie zmyli was znudzony wygląd ich pysków!) przed wejściem do sklepu zoologicznego w Haarlemie.

wtorek, 24 listopada 2009

Katedra świętego Marcina w Utrechcie

Niedawno, z okazji 11 listopada, pisałem o świętym Marcinie, który jest także patronem katedry w Utrechcie. Jest to dość ciekawy kościół, który został zbudowany jako jeden budynek, a funkcjonuje teraz jako dwa oddzielne.
Kościoły gotyckie z reguły budowano bardzo długo, wiele dziesięcioleci, a często z braku funduszy czas budowy przeciągał się na kilka wieków. Pierwsza świątynia świętego Marcina w Utrechcie została zbudowana około roku 600 (sześćsetnego, nie tysiąc sześćsetnego), a budowę opisywanego przeze mnie kościoła zaczęto w 1254 roku. Zaczęto od chóru, w latach 1321-1382 zbudowano wieżę o wysokości 112 metrów, która przez jakiś czas była najwyższą wieżą kościelną we wszystkich chrześcijańskich krainach. Budowa kościoła ciągnęła się przez kolejne stulecia, a tymczasem katolicym tracił na znaczeniu. Coraz większe wpływy protestanckie spowodowały odpływ wiernych i sponsorów, przez co wciąż nieukończona świątynia katolicka borykała się z brakiem środków na budowę. Ówczesny biskup Utrechtu postanowił dokończyć nawę główną, oszczędził jednak na chyba najważniejszej części konstrukcji - łukach przyporowych, których po prostu nie wybudował.
W 1674 roku silny huragan spowodował, że źle zbudowana nawa główna zawaliła się. Od prawie 100 lat był to już wtedy kalwiński kościół, a jako że protestanci raczej są skromni i oszczędni, postanowili nie odbudowywać nawy. Zasklepili ocalałą część kościoła (i tak jest ogromna), przez co do teraz przetrwała katedra ze stojącą kilkadziesiąt metrów dalej wysoką wieżą. Na placu pomiędzy nimi rosną drzewa i jest przystanek autobusowy - wygląda to dość egzotycznie :) Na zdjęciu obok widok spod wieży przez "nawę" w stronę chóru.

czwartek, 19 listopada 2009

Holendrzy nie używają trawki

Pewnie każdy wie, że w Holandii można legalnie kupić marihuanę (jeden z coffee shopów na zdjęciu obok). Wielu ograniczonych intelektualnie ludzi na czele z polskimi posłami wyobraża sobie, że Holendrzy co wieczór, w przerwie między aborcją i eutanazją, podpalają sobie skręta. A jaka jest prawda?
Europejskie Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii zrobiło niedawno badania dotyczące używania narkotyków krajach europejskich. Ostatni raport pokazuje, że jest dokładnie na odwrót - tylko 5.4% dorosłych Holendrów używało w ciągu ostatniego roku marihuany, a średnia dla całej UE wynosi 6.8%. Warto jednak zwrócić uwagę, że wartości te są bardzo różne dla poszczególnych krajów. Np. mniej niż 1% dorosłych Rumunów w ciągu ostatniego roku próbowało trawki, za to wśród Włochów prawie 21%.
Oczywiście do samego raportu można mieć dużo zastrzeżeń, choćby to, że wrzucanie do jednego worka marihuany i kokainy jest jak włączanie kefiru do raportu dotyczącego używania alkoholu. Mimo wszystko jest to kolejny przykład na to, że liberalne podejście naprawdę opłaca. W czerwcu pisałem o więzieniach, że dzięki _łagodnemu_ prawu zmniejszyła się tutaj przestępczość oraz że Holandia może zamknąć swoje więzienia albo je wynająć. I właśnie niedawno podpisano porozumienie, na mocy którego Belgia wynajmie na najbliższe 3 lata 500 miejsc w holenderskim więzieniu w Tillburgu, ok 10 km od granicy belgijskiej. Za tą możliwość Belgowie zapłacą 30 mln euro rocznie. Podczas gdy więzienia w większości krajów europejskich są przepełnione, Holandia ma ok. 2000 wolnych miejsc w swoich zakładach penitencjarnych.
Powyższe fakty to kolejny dowód na to, że zakazany owoc smakuje lepiej i że legalizacja miękkich narkotyków zmniejszy przestępczość, zwiększy wpływy z podatków oraz nawet ograniczy używanie trawki, a łagodne, ale nieuchronne karanie, zmniejszy przestępczość i oszczędzi państwu olbrzymie pieniądze. Niestety polscy Posłowie Intelektualnie Spowolnieni (PIS) mają na ten temat odmienne zdanie, prowadząc do tego, że na chyba każdej imprezie nastolatków w Polsce jest trawka, na sprzedaży której zarobili tylko bandyci, a nie skarb państwa. Wiadomo także, że polskie więzienia są przepełnione, ale sprytni znają dziesiątki sposób, jak do nich nie trafić. Czasem porównania Polski i Holandii bywają naprawdę bolesne :(

niedziela, 15 listopada 2009

Mikołaj przyjechał

Prawie każde polskie dziecko wie, że Mikołaj pochodzi z Laponii, że ma renifery i jeździ na saniach. Prawie każde holenderskie dziecko wie, że Mikołaj co roku przypływa barką z Hiszpanii w otoczeniu zgrai czarnych Piotrusiów, a po miastach porusza się konno - co kraj, to obyczaj, a raczej co kraj, to Mikołaj :)
Już rok temu pisałem o Mikołaju, a raczej o Sinterklaasie, bo tak się on tutaj nazywa (jak nie wiesz, o co chodzi z czarnym Piotrusiem, to koniecznie musisz przeczytać ten archiwalny wpis). Co roku hucznie świętowane jest powitanie Mikołaja przypływającego z Hiszpanii, za każdym razem przybija do innego portu. W 2009 było to Schiedam, bogate miasteczko pod Rotterdamem, gdzie akurat wczoraj przypłynął Mikołaj. Oczywiście holenderska telewizja relacjonowała to wydarzenie, które oglądało chyba każde tutejsze dziecko. Dzisiaj Mikołaj przypłynął do Haarlemu. Cały rynek był wypełniony rodzinkami z dziećmi, a kilkudziesięciu czarnych Piotrusiów zabawiało najmłodszych i rozdawało im ciasteczka speculaas. W końcu Sinterklaas na białym koniu ze swą czarną świtą przejechał przez rynek pozdrawiając wszystkie dzieci. Na scenie burmistrz Haarlemu przywitał Mikołaja, który potem śpiewał z dziećmi różne piosenki - oczywiście żadnej nie rozumiałem :) Teraz dzieci czekają z niecierpliwością na piątego grudnia, kiedy to dostaną wymarzone prezenty. Dzień wcześniej, w piątek czwartego grudnia, nawet będą miały skróconą szkołę z tej okazji. Widział kto w Polsce skrócone lekcje z okazji Mikołaja? :)

środa, 11 listopada 2009

11 listopada w Holandii

11 listopada Holendrzy wyciągają polskie flagi, śpiewają nasz hymn i jedzą flaczki... nie no, żartuję :) 11 listopada jest szczególnym dniem w wielu krajach, w Finlandii jest to dzień ojca, w Chinach dzień singla (mało singli mają, tylko jakieś 200 mln), na Tajwanie dzień bliźniąt, a w co najmniej pięciu krajach jest to święto związane z państwowością - jak widać Polska nie jest niczym szczególnym, nawet taka Angola obchodzi tego samego dnia swoje święto niepodległości :)
A Holandia? W Holandii 11 listopada świętuje się dzień świętego Marcina. Jest to stare katolickie święto, w Polsce popularne głównie w Wielkopolsce. Mimo katolickiego rodowodu święto to zostało zlaicyzowane w Holandii i teraz obchodzą je także protestanci, muzułmanie i niewierzący. Tego dnia małe dzieci w przedszkolu robią specjalne lampiony, z którymi potem chodzą od domu do domu (z czujną asystą rodziców) i śpiewają piosenki o świętym Marcinie, w zamian za co dostają cukierki, pieniądze albo owoce.
Dziś około 18:00 zadzwonił dzwonek do drzwi i pięcioro małych potworów zaśpiewało jakąś piosenkę, z której zrozumiałem tylko "met de lampion", czyli niewiele. Niemniej jednak powiedziałem "dank je" i wręczyłem każdemu dzieciakowi czekoladowego pieniążka. Mam nadzieję, że mniej więcej takie są zwyczaje w Haarlemie, bo inaczej mnie sąsiedzi obgadają, że jakiś barbarzyńca z Azji jestem :)
Na zdjęciu obok tympanon portalu katedry świętego Marcina w Utrechcie, przedstawiający oczywiście nikogo innego tylko patrona katedry (i dzisiejszego dnia). Ta katedra ma bardzo ciekawą historię, opiszę ją w jednym z najbliższych wpisów!

piątek, 6 listopada 2009

Co Holendrzy jedzą? Hutspot i stamppot

W cyklu o holenderskim jedzeniu czołowie miejsce musi się znaleźć dla hutspota. Holendrzy uwielbiają różnego rodzaju breje i mazie, jak np. purée ziemniaczane, a hutspot jest niczym innym jak purée z ziemniaków, cebuli i marchewki. Ta potrawa była tu popularna odkąd ziemniaki zawędrowały na kontynent europejski, a nawet wcześniej, tylko zamiast nich używano wtedy pasternaka.
Podczas niemieckiej okupacji hutspot szczególnie zyskał na popularności z dwóch powodów - po pierwsze jego składniki są jednymi z podstawowych warzyw, łatwo dostępnymi i możliwymi do wyhodowania w każdym przydomowym ogródku, a po drugie kolor potrawy jest bardzo zbliżony do umiłowanego przez holendrów oranje (na zdjęciu).
Stamppot jest ogólną nazwą na wszystkie breje z gotowanych warzyw, ale najczęściej się jej używa odnośnie purée z ziemniaków i cykorii (czasem także z dodatkiem kapusty). Obie te potrawy są bardzo łatwe do przyrządzenia w domu, ale też można je znaleźć w lokalnych restauracjach.
A z czym się jada takie cuda? Najczęściej hutspot się widzi samodzielnie albo z kawałkiem wołowiny, natomiast stamppot z kiełbasą. Jednak zdarzają się też tacy, którzy jedzą hutspota, albo nawet same purée ziemniaczane, z sosem jabłkowym. Co ciekawe, jest też sporo takich, którzy hustpota jadają, ale tylko zimą. Co kraj to obyczaj, smacznego!

sobota, 31 października 2009

Halloween czy Wszystkich Świętych?

Pytanie tytułowe brzmi - co obchodzi się w Holandii? Halloween czy Wszystkich Świętych? Odpowiedź jest prosta - nie świętuje się tu ani jednego, ani drugiego :)
Nie licząc dnia królowej, Holendrzy są dość powściągliwym i spokojnym narodem. Cenią też swoją kulturę i tradycje, dlatego nie kopiują jak małpy anglosaskich zwyczajów. Tradycyjne Halloween znane z amerykańskich filmów tutaj nie istnieje. Dzieci nie chodzą po domach, zbierając słodycze, ludzie nie dekorują swoich domów. Amsterdam jednak jest najmniej holenderskim miastem Holandii, dlatego też można czasem zobaczyć tam cuda, jak na zdjęciu obok - udekorowany samochód z trumną na dachu, bynajmniej niebędący karawanem :)
Nie ma tu polskiej tradycji masowego zabijania się na drogach, odwiedzania cmentarzy akurat tego dnia (dla wielu to jedyny dzień w roku, kiedy są na grobach bliskich), a pierwszy listopada jest w Holandii normalnym roboczym dniem.
Nigdy mi się nie podobało szaleństwo ogarniające Polaków o tej porze roku. Ludzie tkwią w wielokilometrowych korkach albo stoją godzinami w przepełnionych pociągach, kupują potem kwiaty na groby bliskich, które i tak zaraz ktoś ukradnie i sprzeda następnym. Przed cmentarzami podczas święta zadumy kwitnie komercja - można kupić grillowaną kiełbasę, słodycze, brakuje chyba tylko piwa. Po święcie zostają tony śmieci i grubo ponad setka trupów na drogach (nie licząc narodowego sportu - kilku tysięcy pijanych kierowców). Jednak, co muszę przyznać, wieczorem, o zmroku, cmentarz oświetlony aurą tysięcy zniczy i przesycony wonią parafiny ma w sobie coś magicznego. Jest to niezapomniane i sentymentalne przeżycie, znane każdemu Polakowi od dzieciństwa, które na emigracji pozostanie niezaspokojone. Za wieloma rzeczami znanymi z Polski nie tęsknię, ale atmosfery wieczornego spaceru na cmentarzu we Wszystkich Świętych nic nie zastąpi.

poniedziałek, 26 października 2009

Marchewka - co ma wspólnego z Holandią?

Pewnie znacie to uczucie, gdy nagle dowiadujecie się czegoś nowego, ciekawego i zupełnie dziwnego o czymś, co znacie od dziesiątek lat. Dziś przeżyłem coś podobnego odnośnie zwykłej marchewki - okazuje się, że marchewkę, jaką znamy dziś, a dokładniej jej kolor, zawdzięczamy nikomu innemu jak Holendrom.
Otóż jeszcze kilkaset lat temu korzeń marchewki był biały, kremowy ewentualnie lekko fioletowy. Taka marchew rosła dziko i taka była też już uprawiana. Jednakże Holendrom na drodze odpowiednich krzyżówek udało się wyhodować odmianę o pomarańczowych korzeniach. Oranje jest kolorem narodowym Holandii, więc wkrótce holenderska rodzina królewska postanowiła, by od tej pory marchew była tylko pomarańczowa. Co ciekawe, cała Europa przejęła pomarańczowe odmiany marchwii i teraz w każdej polskiej zupie pływa coś holenderskiego :)

środa, 21 października 2009

Rozmach rowerowy

Zdjęcie obok zostało wykonane w ostatnie wakacje i przedstawia tablicę informującą o budowie mającej właśnie miejsce koło głównego dworca kolejowego w Haarlemie. Jest tam budowany podziemny parking rowerowy na 5050 miejsc i warsztat naprawy i renowacji rowerów na 1100 miejsc.
Te liczby nie robią takiego wrażenia, gdy się nie wspomni o tym, że Haarlem ma mniej niż 150 tysięcy mieszkańców! Średnio wychodzi jedno rowerowe miejsce parkingowe na mniej niż 30 mieszkańców. Dla takiego Krakowa parking koło dworca musiałby mieć 25 tysięcy miejsc rowerowych :)
Pomijam już fakt, że w Haarlemie ten podziemny parking jest budowany poniżej poziomu wód gruntowych, na co w Polsce byłaby tylko jedna odpowiedź: "nie da się". Poza tym Kraków to skansen archeologiczny i każde wbicie łopaty w ziemię jest "brutalnym atakowaniem polskości" i "niszczeniem korzeni narodu polskiego" - lenistwo i niedasizm najlepiej jest uzasadniać patriotyzmem :)
Wracając do Haarlemu - nie wiem, jakie są plany zagospodarowania przestrzeni obok dworca, ale bardzo możliwe, że ten budowany parking nie będzie jedynym, a tylko zastąpi część istniejących dzisiaj i łączna pojemność rowerowych miejsc postojowych koło dworca (podziemny parking plus naziemne) dojdzie do 10.000!

czwartek, 15 października 2009

Co Holendrzy jedzą? Lukrecja

Tym wpisem chciałbym zacząć cykl poświęcony holenderskiemu jedzeniu. Oczywiście Holandia leży w Europie i nie jest egzotyczną krainą, aczkolwiek istnieją ciekawe różnice związane z wszystkimi aspektami życia, także z jedzeniem.
Niedawno pisałem o sklepach spożywczych w Holandii, ostatnio do swoich obserwacji dodałem kilka nowych - Holendrzy w ogóle nie jadają kaszy, jedyną kaszą do kupienia tutaj jest kuskus, choć to nie jest tak do końca kasza :) Tak samo stosunkowo ciężko tutaj kupić zwykłą fasolę i groch. Jest jakiś dziwny zielony groch w pudełkach, ale fasoli (nie licząc puszek) nie idzie kupić.
Na zdjęciu obok jest bardzo typowy holenderski "słodycz" - dropsy lukrecjowe. Lukrecja znana jest także w Polsce, ale Holendrzy mają wręcz fioła na jej punkcie - dobra połowa wszystkich cukierów ją zawiera. Oni nawet żują korzeń lukrecji, czy piją herbatę lukrecjową, a to wszystko jest tak obrzydliwie słodkie, że mnie odrzuca. Koledzy w pracy, jeśli częstują jakimiś cukierkami, to tylko lukrecjowymi i już nauczyli się, że mi nie warto ich proponować, choć wciąż ich to dziwi - tak jak Polaka by dziwiło, że ktoś nie lubi czekolady albo krówek.
Cukierki lukrecjowe mają najczęściej czarny kolor i też da się je kupić w Polsce, jednak, całe szczęście, stanowią one naprawdę margines rynku polskiego. Następnym razem z Polski przywiozę sobie zapas ulubionych krówek :)

piątek, 9 października 2009

Wesele

Wczoraj było mi dane być gościem na weselu w Holandi, które było na tyle ciekawe, że uznałem go wartym opisania. Przypuszczam, że nie było to typowo holenderskie wesele, ponieważ pan młody był w połowie Grekiem (pani młoda miała eskimoskie korzenie, ale raczej nie sądzę, by wpłynęło to na przebieg imprezy) i chciał uwzględnić choć trochę zwyczajów i tradycji z kraju swojego ojca.
Wesele opisywane przeze mnie odbyło się w czwartek i nie jest to niczym dziwnym, ponieważ w Holandii większość takich imprez odbywa się od poniedziałku do czwartku. Przypuszczam, że ma to związek z tym, że wesela w piątki i soboty byłyby dużo droższe (nie tylko opłaty za restauracje, ale za urząd gminy też!), a wrodzone skąp... wrodzona oszczędność Holendrów raczej kieruje ich w stronę mniejszych kosztów.
Wszystko rozpoczęło się w kościele greckokatolickim, co jest raczej unikalne w Holandii (nie wyznanie, ale w ogóle fakt ślubu w kościele), po czym państwo młodzi pojechali do urzędu gminy się zalegalizować, następnie razem z "lepszymi" goścmi pojechali do restauracji na imprezę. "Lepsi" goście (rodzina i najbliźsi przyjaciele) mieli zapewnione jedzenie, a o godzinie 20:30 do imprezy dołączyli "gorsi" goście (głównie koledzy i znajomi), którzy bawili się do po północy tylko przy samych napojach, nie było nawet paluszków czy orzeszków ;) Niektórzy goście po imprezie pojechali do dajbliższego mcdrive, żeby cokolwiek zjeść ;)
Praktycznie nikt nie przyniósł kwiatów, prezentami były pieniądze i kartki z życzeniami. "Cena" zależy od tego, jak bardzo lubi się państwa młodych i oscyluje w granicach 15-25 euro od gościa. Przy wyjściu każdy dostawał mały drobiazg od państwa młodych jako pamiątkę imprezy.
Jako że było to pierwsze wesele, na jakim gościłem w Holandii, ciężko mi stwierdzić, które jego cechy są typowe dla tego kraju, ale mimo wszystko dla mnie było kolejnym i dość ciekawym doświadczeniem niesłowiańskiej kultury :)

czwartek, 1 października 2009

Holandia "zjada" Antyle Holenderskie

Już prawie rok temu pisałem, że Antyle Holenderskie przestają istnieć. Teraz mogę napisać więcej na ten temat, bo akurat wczoraj odbyło się spotkanie pomiędzy władzami Holandii i poszczególnych wysp wchodzących w skład Antyli Holenderskich, na którym ustalono, że 10.10.2010 państwo o nazwie Antyle Holenderskie ostatecznie przestanie istnieć. Trzy spośród jego karaibskich wysp - Bonaire, St Eustatius i Saba dołączą do Holandii, a co za tym idzie do Unii Europejskiej. Tego samego dnia Curaçao i holenderska połowa wyspy St Maarten staną się niepodległymi krajami (jak wcześniej Aruba) w ramach Królestwa Niderlandów.
A dlaczego o tym piszę? Już za rok, wszyscy mieszkańcy UE, w tym także Polacy, będą mogli polecieć na Karaiby bez paszportu, na sam dowód osobisty :) Jest to także dość interesująca sytuacja, kiedy była kolonia najpierw odzyskała niepodległość, a po kilkudziesięciu latach przyłączyła się do państwa-matki, może się mylę, ale wydaje mi się, że coś podobnego na świecie do tej pory się nie wydarzyło.
Poza tym wiąże się z tym kilka ciekawostek, jak na przykład taryfikować rozmowę telefoniczną z Amsterdamu do Bonaire - krajowa czy zagraniczna? No ale to oczywiście już wykracza poza temat tego bloga...

piątek, 25 września 2009

Holenderskie nazwiska

W Holandii istnieje ogromna ilość różnych nazwisk (ponad 100.000), ponieważ zostały one tutaj wprodzone stosunkowo niedawno, bo dopiero w 1811 roku poprzez wymuszoną rejestrację. Od tamtego czasu minęło dopiero kilka pokoleń, dzięki czemu tylko niewielka część nazwisk zanikła i większość przetrwała do naszych czasów. Historia holenderskich nazwisk jest bardzo ciekawa, polecam przeczytanie osobnego wpisu na ten temat, z którego dowiecie się, dlaczego niektórzy Holendrzy mają na nazwisko "siuśki" :)
Dużo holenderskich nazwisk zawiera przedrostek, najczęściej van, der albo van der (z kilkudziesięciu występujących w języku), który, co ciekawe, pisze się małą literą, np. Bastiaan van der Vaart. Przedrostek van może oznaczać pochodzenie z wyższych rodów, ale nie jest to regułą, bo może też wskazywać na pochodzenie z określonego miejsca. Ciekawą sprawą jest układ nazwisk w książce telefonicznej - w Holandii zawsze używa się literki głównego członu nazwiska, van Rijn (znad Renu)  jest pod literką 'r', natomiast w niderlandzkojęzycznej części Belgii przedrostek jest uwzględniany przy sortowaniu ('t Hooft jest pod literką 't').
Holendrzy mają umiłowanie do ozdobnych wizytówek. Każdy dom posiada wizytówkę z nazwiskiem (tu nikt się nie przejmuje ochroną danych osobowych), niektóre z nich są wręcz małymi dziełami sztuki, malowane, ceramiczne, płaskorzeźbione, mozaikowe, ułożone z kafelków... możliwości jest wiele. Inne nie mają większych wartości artystycznych, ale i tak są ciekawe - na zdjęciu właśnie przykład takiej wizytówki.

Mimo wielkej różnorodności nazwisk niektóre z nich występują jednak częściej niż inne, oto lista najpopularniejszych nazwisk w Holandii:
  • de Jong (młody)
  • de Vries (Fryzyjczyk)
  • Jansen (syn Jana)
  • van de/den/der Berg (ze wzgórza)
  • Bakker (piekarz)
  • van Dijk (z grobli/tamy)
  • Visser (rybak)
  • Janssen (syn Jana)
  • Smit (kowal)
  • Meijer/Meyer (farmer albo zarządca)
Jak w większości języków tutaj także są nazwiska związane z zawodami albo miejscami pochodzenia. Ciekawostką są nazwiska zwiazane z imieniem ojca (w Belgii to właśnie one należą do najpopularniejszych), były one (ujednoznaczniającym) dodatkiem do imienia osoby używanym w czasach, gdy nazwisk formalnie nie stosowano.

Zobacz też:
* historia nazwisk holenderskich
* najpopularniejsze imiona męskie w Holandii w latach: 2009, 2010, 2011, 2012 oraz 2013 
* najpopularniejsze imiona żeńskie w Holandii w latach: 2009, 2010, 2011, 2012 oraz 2013

czwartek, 10 września 2009

Holenderskie imiona - podsumowanie

Nie tak dawno pisałem o najpopularniejszych imionach w Holandii dla chłopców i dziewczynek. Wypadałoby także napisać ogólnie o przepisach i zwyczajach związanych z nadawaniem imion w krainie wiatraków.
W Holandii dziecko ma praktycznie dowolną ilość imion, szczególnie wśród katolików przyjęło się nadawanie dzieciom co najmniej dwóch imion, choć oczywiście tylko jedno z nich jest przeznaczone do codziennego użycia. Tradycyjnie katolicy stosują łacińskie imiona o hebrajskim rodowodzie (Catarina, Wilhelmus), protestanci natomiast preferują proste tradycyjne holenderskie imiona (Femke, Willem). W tej chwili połowa dzieci dostaje tylko jedno imię, około 1/3 ma dwa imiona, 17% trzy, 2.5% cztery, a tylko naprawdę niewielka ilość ma pięć albo więcej imion. Dla porównania - w Polsce można dziecku dać tylko jedno albo dwa imiona. To znaczy dać można więcej, ale urząd stanu cywilnego i tak zarejestruje najwyżej dwa. Holenderskie prawo pozwala na nazwanie dziecka dowolnie, o ile imię jest różne od nazwiska i nie jest obraźliwe.
Ciekawą sprawą jest to, że w Holandii zmieniały się imiona podczas biegu historii, podczas gdy w Polsce bardzo duża część imion jest prawie niezmieniona od początków państwowości. Pierwszym takim okresem w historii Holandii był okres germańskich imion, charakteryzowały się one dużą różnorodnością oraz (tak jak to jest teraz w Polsce) imię jednoznacznie wskazywało na płeć dziecka. Typowe imiona tych czasów to Adelbert albo Hildebrant. Od późnego średniowiecza zaczęły dominować imiona typowo chrześcijańskie (hebrajskie), jak np. Jan albo Piet (Piotr). Na popularność tych imion miało wpływ wierzenie, że patron (święty o tym samym imieniu) opiekuje się dzieckiem i wpływa na jego los.
Od końca XVII wieku aż do połowy XX wieku dominowały ścisłe reguły nadawania imion. Już podczas ślubu młodej pary wiedziano, jakie będą imiona ich dzieci - synowie mieli imiona po dziadkach, córki po babciach, ale tych reguł było bardzo dużo i określały imiona kolejnych dzieci we wszystkich możliwych sytuacjach, np. po śmierci jednego z dzieci, następne urodzone przejmowało jego imię itp. Bardzo silny był przesąd, że część osobowości człowieka odrodzi się w jego wnuku czy innym potomku noszącym takie same imię.
Po II wojnie światowej społeczeństwo holenderskie się bardzo zlaicyzowało i przestało się przejmować wieloma wierzeniami i tradycjami. Imiona chrześcijańskie stały się rzadsze, za to widzi się sporo imion obcego pochodzenia, także zapisanych fonetycznie, jak np. Maikel. Większość stosowanych obecnie imion jest bardzo krótka (z reguły jedna sylaba, rzadziej dwie) i są to najczęściej różne wariacje skróconych form innych imion, a czasem nawet radosna twórczość rodziców. Ważne jest też to, że w tej chwili imię niekoniecznie wskazuje na płeć dziecka.
W jednym z następnych wpisów: holenderskie nazwiska - różnią się one zdecydowanie od polskich :)

wtorek, 8 września 2009

Wiatraki

Wiatraki są nieodłączną częścią krajobrazu Holandii, kiedy dotarła tu maszyna parowa, zastała aż 11.000 pracujących wiatraków! Jednakże wiatrak nie jest wynalazkiem holenderskim - przyjmuje się, że trafił tu z terenów ówczesnej Persji w połowie XIII wieku. Na początku ich zastosowanie było bardzo tradycyjne - tylko mielenie ziarna. Holendrzy wkrótce znacznie udoskonalili perskie odkrycie - dodali płócienne żagle oraz wprowadzili obracaną "czapę" na szczycie wiatraka, co znacznie uprościło nastawianie do wiatru - nie trzeba było obracać całej konstrukcji, dzięki temu także można było budować większe i mocniejsze wiatraki.
W pierwszej połowie XIV wieku zaczęto stosować wiatraki do osuszania - każdy wiatrak napędzał pompę (śrubę archimedesa), która pozwalała podnieść wodę o kilkadziesiąt centymetrów do kanału odprowadzającego. Łącząc takie wiatraki szeregowo można było osuszać tereny położone nawet 2 metry poniżej poziomu morza.
W następnych stuleciach rozkwitło przemysłowe wykorzystanie wiatraków. Pojawiły się wiatraki tartaczne, dzięki którym Holandia mogła mieć jedną z najpotężniejszych flot na świecie. Inne wiatraki mieliły i mieszały pigmenty, rozdrabniały skały na kruszywa, plotły sznury konopne, wyciskały olej, mieliły tytoń, drewno (na papier), zboża, kakao, kawę, gorczycę (na musztardę)...
W pierwszej połowie XIX wieku nawet przerabiano wiatraki na elektrownie wiatrowe, jednakże z uwagi na kapryśność wiatru i problemy z ustabilizowaniem napięcia, zaniechano tych działań. Nowe technologie pozwoliły powrócić w ostatnich latach do idei zamiany wszechobecnej tutaj energii wiatru na prąd elektryczny , dzięki czemu w Holandii teraz jest dużo więcej nowoczesnych turbin wiatrowych niż tradycyjnych drewnianych wiatraków. Jednak z powodu coraz częstszych protestów mieszkańców wiatraki zaczęto lokować także na morzu, nawet 25 km od lądu.
Oobecnie w Holandii jest niewiele ponad 1000 wiatraków, z czego wiele jest albo samodzielną atrakcją turystyczną, albo współtworzy skansen (na zdjęciu właśnie Zaanse Schans), choć jest też sporo wiatraków w prywatnych rękach, utrzymujących się tylko dzięki zapaleńcom i ich miłości do tradycji holenderskiej. Niektórzy nawet zamieszkali w wiatraku - niedaleko Haarlemu jest właśnie taki, w którym mieszka starszy pan, w soboty lub niedziele siada dumny na ławeczce przed "domem" i zaprasza przechodniów i rowerzystów, żeby choć na chwilę weszli i obejrzeli jego ukochany wiatrak.

niedziela, 6 września 2009

Opakowania zwrotne i segregowanie śmieci

Może to są i przyziemne rzeczy, ale warto zwrócić uwagę na różnice pomiędzy Polską i Holandią w dziedzinie tzw. "domowej ekologii". Wygląda to tutaj troszeczkę inaczej, niż się spodziewałem. Wcześniej mieszkałem czasowo w Niemczech i tam na dole budynku było 5 kolorowych pojemników na śmiecie i wszyscy pilnowali się wzajemnie, żeby ładnie posegregować odpadki. W ogóle nie pamiętam takiego "ogólnego" kosza - był pojemnik na odpadki organiczne, na papier, szkło, metal, opakowania (kartony i plastik). Żarówki, baterie i elektronikę zostawiało się za darmo w specjalnych punktach, w każdym większym sklepie chyba. Było to dawno temu, więc mogłem coś pokręcić, ale mniej więcej tak to było :)
W Holandii za to zdziwiło mnie, że tutaj większość ludzi wyrzuca wszystkie śmiecie razem. W domach się raczej nie segreguje, w najlepszym wypadku papier i szkło wrzuca się do specjalnych pojemników, które i tak są dość rzadko rozmieszczone. Dość negatywny obraz bardzo ekologicznego kraju, prawda? Nie do końca właśnie :) Z tego, co wiem, to wszystkie odpadki tutaj trafiają do specjalnych sortowni, gdzie odpowiednio wykwalifikowani pracownicy sortują śmiecie za Holendrów. No cóż - w kraju, gdzie większość ludzi śmiecie zostawia w raz w tygodniu w worku na ulicy raczej nie dało się innego systemu wprowadzić :)
Z to co jest bardzo pozytywnego w Holandii, to mnogość opakowań zwrotnych piwa. Zdecydowana większość piw kupowanych tutaj jest w butelkach zwrotnych. Ba, zwrotne są też tzw. "kraty", czyli plastikowe skrzyneczki na piwo. Jest to bardzo wygodne - butelki można wrzucać do maszyny pojedynczo albo maszyna akceptuje po prostu skrzynkę pełną butelek. Z wydrukowanym bonem w kasie ma się zniżkę albo zwrot pieniędzy. Jedna butelka po piwie to najczęściej 10 centów, a genialne jest to, że nie trzeba żadnych paragonów - można te butelki oddać w dowolnym sklepie.
Ciekawostką jest też to, że niektóre opakowania plastikowe też są zwrotne. Wodę mineralną kupuję (w Holandii to dziwne, bo wszyscy piją kranówę) w butelkach, na których jest napis "W Holandii butelka zwrotna, kaucja 25 centów, w Belgii niezwrotna". W Amsterdamie widziałem Polaków zbierających takie butelki z koszów, bo w sumie mało który turysta spodziewa się zwrotnej butelki 1.5 l. Paręnaście takich butelek i już jest kasa na danie obiadowe w markecie :)
W niektórych sklepach jest też specjalna "dziura w ścianie", gdzie można wrzucić plastikowe butelki niezwrotne, ale raczej jest to rzadkością. Baterie i żarówki można zostawić w pojemniku w urzędach czy większych sklepach, ale to raczej europejski standard.

W następnym odcinku będzie o wiatrakach, w tym także, do czego je Holendrzy wykorzystywali.

niedziela, 30 sierpnia 2009

Sklepy spożywcze w Holandii

Nie, zdjęcie obok nie pochodzi z Holandii, a z Luksemburga - to taki kraj, gdzie sprzedaje się jedzenie i picie z drugiej ręki ;)
Ale miało być o sklepach (spożywczych) w Holandii - Polaków czeka tutaj kilka zaskoczeń. Pierwsze co się rzuca w oczy zaraz po wejściu do sklepu jest to, że są one małe. Przeciętny "polski" Tesco czy Carrefour jest po prostu ogromny, Kaufland jest średni, a sklepy tutejsze są małe. Nie wiem, czy jest to skutek, czy przyczyna, ale drugą charakterystyczną cechą jest mały wybór towarów. W Polsce praktycznie dowolny rodzaj towaru jest w nastu różnych wariantach, tutaj natomiast większość towarów ma tylko wersję tańszą i droższą. Zamiast wielu mniejszych producentów (jak w PL) dominują tutaj duże lokalne koncerny, więc i marek mniej. Woda mineralna - dwa rodzaje, makaron - dwaj producenci, chleb - jedna piekarnia, cały nabiał - dwie firmy tylko. Całe szczęście nie dotyczy to wina, piwa i sera - tutaj naprawdę można przebierać!
Spostrzegawczy Polak zdziwi się widząc, że w prawie każdym sklepie tutaj jest automat z darmową kawą i herbatą, a co niektóre sklepy mają kącik dla dzieci, gdzie oglądają one bajki, w czasie gdy ich rodzice robią zakupy.
Co jeszcze można napisać o produktach w sklepach spożywczych w Holandii? W porównaniu z Polską bardzo dużo towarów pochodzi z zagranicy - głównie z Belgii i Francji. Ponieważ w Holandii nawet 20% ludności to nie Holendrzy, w sklepach też jest sporo produktów egzotycznych, charakterystycznych dla kuchni indonezyjskiej, surinamskiej czy orientalnej.
Można też się zastanowić, czego nie ma w holenderskich sklepach, a powszechne jest w Polsce - dotyczy to przede wszystkim białego sera (twarogu), kefiru i kiełbas - o ile szynkę (kiepską) czy salami się tu kupi, to takiej normalnej kiełbasy po prostu nie ma, a tego, co Holendrzy nazywają kiełbasą, to by się polski pies nie tknął :). Co ciekawe praktycznie niemożliwe jest kupienie białej pietruszki (korzenia) , z serelem korzennym też może być spory problem, za to półki uginają się pod cykorią i szpinakiem (całe liście! nikt tu nie jada brei z rozgotowanego poszatkowanego szpinaku) - cóż, co kraj to obyczaj, także kulinarny.

niedziela, 23 sierpnia 2009

Sklepy w Holandii

Dla Polaka przybywającego do Holandii kwestia nawet najprostszych zakupów może być powodem różnych problemów, dlatego warto ją tutaj opisać. Największym zaskoczeniem dla wielu jest to, że w zdecydowanej większości sklepów nie można płacić polskimi (ogólnie: zagranicznymi) kartami płatniczymi/kredytowymi. Tutaj prawie każdy, nawet najmniejszy sklepik akceptuje karty, ale tylko lokalne holenderskie, nic innego. Jedynie na stacjach benzynowych i w sklepach nastawionych tylko na turystów (np. pamiątki) można płacić polskimi kartami. Dla turysty jest to trochę niedogodne, ale Polak mieszkający tutaj, mający konto w lokalnym banku i mający holenderski pin-pas (tak nazywają tutaj najpopularniejszy typ karty), natychmiast zapomina o bieganiu z gotówką w pierwszych miesiącach pobytu.
Inną rzeczą rzucającą się w oczy jest brak tradycyjnych "polskich" sieci handlowych jak Tesco, Carrefour, Real, Kaufland itp. Gdzieniegdzie pojawią się Plus czy Aldi, które i tak jest rzadkością w Polsce, za to dominują tutaj lokalne krajowe sieci, największe to Vomar, DekaMarkt, czy Albert Heijn - ten ostatni przez Polaków często nazywany po prostu "Albert", czego Holendrzy raczej nie rozumieją :)
W następnym wpisie będzie o tym, dlaczego można się zdziwić także w środku holenderskiego sklepu :)

środa, 12 sierpnia 2009

Ik heb twee vaders - Mam dwóch ojców

Nie, nie piszę o sobie, a o pewnych holenderskim chłopcu. Zapewne część z Was go już słyszała:


Terence został adoptowany przez małżeństwo homoseksualne. Pewnie spora część czytelników uzna to za przegięcie, tylko że sporo takich dzieci mieszka także w Polsce! Według różnych szacunków w Polsce jest około 4000 dzieci wychowywanych przez homoseksualne pary, jedyne różnice są takie, że w Polsce związek jest niezarejestrowany i dziecko ma mamę i ciocię albo tatę i wujka. Poza kwestiami formalnymi różnic nie ma żadnych. Więc co przeszkadza Polakom - po prostu nazywanie rzeczy po imieniu? Kochanek taty jako wujek albo kochanka mamy jako ciocia nie kłują w oczy, ale dwie mamy albo dwóch ojców tak?
No dobrze - piszę o dzieciach _wychowywanych_ przez pary homoseksualne w Polsce, ale nie zostały one przez nie adoptowane. W Polsce homoseksualiści mogą dzieci wychowywać, ale pod żadnym pozorem nie wolno im adoptować! I tym akcentem kończę na jakiś czas homoseksualne wątki, czas się poprawić i pisać dalej heteryczne posty :)

piątek, 7 sierpnia 2009

Blokowiska w Holandii

Tak, w Holandii też są blokowiska, choć oczywiście są one raczej rzadkością. Większość Holendrów mieszka w domkach szeregowych lub w budynkach mieszczących np. 4 mieszkania dwupoziomowe.
Pewnie wielu z Was kojarzy bloki i wielką płytę z komuną, ale są one zdecydowanie zachodnim wynalazkiem. Rzadko zdarza mi się polecać coś do przeczytania bez komentarza, ale muszę zaprosić do przeczytania ciekawego artykułu w Bryle o blokowisku w Amsterdamie. Polecam także wyszukiwarkę grafiki Google pod hasłem Bijlmermeer.
Pisałem pół roku temu o katastrofie lotniczej w Amsterdamie - miała ona miejsce właśnie na osiedlu Bijlermeer! Mam zamiar się tam wybrać wkrótce i obejrzeć to osiedle, szkoda, że nie zdążyłem zobaczyć go przed wyburzeniem sporej części bloków.

czwartek, 6 sierpnia 2009

Gay pride 2009

W ostatni weekend odbyła się coroczna impreza Gay Pride. Niestety nie było mi dane odwiedzić Amsterdamu wtedy, dlatego też załączam zdjęcie z zeszłego roku (przypuszczam, że w tym roku było podobnie) - barka z homo-Mikołajem :)
Według prasy w tym roky na Gay Pride bawiło się ponad pół miliona ludzi. Impreza nawiązywała do rocznicy założenia Nowego Jorku 400 lat temu, który wtedy nazywał się Nowy Amsterdam. Właśnie z tej okazji udzielono ślubu pięciu parom amsterdamsko-nowojorskim, oczywiście męsko-męskim.
Holandia była pierwszym krajem na świecie legalizującym małżeństwa homoseksualne (w 2001 roku). Mimo iż zdecydowana część społeczeństwa to zadeklarowani "heterycy", którym zdarza się pożartować z "homików", to jednak prawie wszyscy popierają śluby niezależne od płci.

wtorek, 28 lipca 2009

Gay pride 2009 już za kilka dni

W zeszłym roku pisałem o paradzie gay pride, w tym roku parada taka będzie miała miejsce już w najbliższą sobotę. A dlaczego piszę o tym wcześniej?
Akurat pojawiają się w holenderskich wiadomościach informacje o tym, kto ze znanych osobistości wystąpi na paradzie i właśnie przeczytałem, że Corien Jonker, członek holenderskiego parlamentu z ramienia chrześcijańskich demokratów, będzie brał udział w paradzie na barce z czterdziestoma chrześcijańskimi gejami i lesbijkami. Jonker ma nadzieję, że jego udział doprowadzi do większego dialogu pomiędzy homoseksualnymi chrześcijanami a kościołem. Uważa, że religia polega na tolerancji bez żadnych wyjątków.
Inni holenderscy politycy także pojawią się na paradzie - minister kultury Ronald Plasterk z partii pracy będzie już drugi raz, tym razem z panią wicepremier Sharon Dijkstra na oficjalnej barce ministerstwa edukacji, kultury i nauki Holandii. W tym roku skupią się na homoseksualnych nauczycielach i uczniach. Badania pokazują, że wciąż niektórzy uczniowie boją się ujawniać, a z drugiej strony, istnieją głosy sprzeciwu wobec homoseksualnych nauczycieli.

A w Polsce? W Polsce wciąż dominują "politycy", którzy boją się geja jak ognia, a gęby sobie wycierają wartościami chrześcijańskimi, rodziną i patriotyzmem. Nie przeszkadza im to jednak zostawić żonę i dzieci dla młodszej kobiety, brać łapówki czy kłamać w żywe oczy, bo przecież najważniejsze, żeby się często i dużo modlić oraz nienawidzić każdego myślącego czy kochającego inaczej.

sobota, 25 lipca 2009

Koty

Nieodłącznym elementem holenderskich uliczek są koty, których tu mieszka bardzo dużo, chyba 1/3 moich lokalnych znajomych ma co najmniej jednego kota w domu. Oczywiście część kotów prawie nigdy nie opuszcza domu czy mieszkania, ale jest też spora grupa kotów domowo-ulicznych.
Część domów ma w drzwiach albo oknach zamontowane specjalne klapki, które pozwalają kotu wchodzić i wychodzić bez zawracania głowy domownikom. Właśnie takie koty są najciekawsze. Na mojej ulicy jest kilka takich, spędzających czas leżąc czy siedząc na samochodzie, wygrzanym siodełku roweru albo po prostu na chodniku. Jeden taki czarny (na zdjęciu obok po lewej) uwielbia spać tuż na rogu budynku. W rezultacie zdarzyło się, że skręcając niechcący bym go nadepnął i w ostatniej chwili cofnąłem nogę :) W tym kraju to człowiek ustępuje drogi i obchodzi kota :)
Drugi świetny kot jest cały rudy i na widok każdego przechodzącego człowieka miauczy, ociera się o nogi i domaga się pieszczot. Gdy się kucnie obok niego, to kładzie się "kołami do góry" i każe się drapać po brzuchu :) Wszystkiemu przyglądają się jego koledzy, gdziekolwiek się nie obejrzę, w wielu oknach także widzę koty, obserwujące leniwie ulicę. W Haarlemie są takie zaułki, gdzie mieszka chyba więcej kotów niż ludzi, zresztą podczas jednego nie tak długiego spaceru można spokojnie pogłaskać nawet i kilkanaście kotów :)
Koty w Holandii są duże, znacznie większe od polskich. Widać po nich, że są zadbane, prawie każdy ma obróżkę na szyi, nie widać bezdomnych czy głodnych. Holendrzy bardzo kochają koty, co jakiś czas pojawiają się ogłoszenia o zaginionym kocie - jednego z nich właściele szukali bardzo długo, przez ponad pół roku rozlepiali po mieście setki kolorowych ogłoszeń ze zdjęciem kota - wydali na to chyba majątek.
Co ciekawe - tutaj koty nie reagują na "kici-kici", w ogóle najczęściej nie da się ich nijak zawołać. Nie przeszkadza to jednak tak bardzo, bo i tak bez wołania garną się do ludzi :) Chyba właśnie w tym całkowitym braku obawy przed ludźmi odbija się to, jak dobrze są koty traktowane przez Holendrów.

poniedziałek, 20 lipca 2009

Wielojęzyczność

Już przyzwyczaiłem się do tego, że praktycznie każdy Holender mówi bardzo dobrze po angielsku, a przeciętna osoba spotkana na ulicy ma lepszy angielski niż moi nauczyciele w szkołach. Ale w ostatnich dniach było kilka zdarzeń, które jednak były zadziwiające.
1. W sobotę przez przypadek zobaczyłem w holenderskiej TV transmisję z któregoś etapu Tour de France, oczywiście komentarz był po niderlandzku, ale wywiady z zawodnikami po zakończeniu wyścigu po angielsku. Otóż gdy zawodnik opowiadał po angielsku o właśnie zakończonym etapie, nikt go nie tłumaczył, a na dole ekranu był napis "Hij praat engels", czyli "On mówi po angielsku". Po prostu holenderska telewizja założyła, że nie warto bawić się w tłumaczenie na żywo, ponieważ i tak prawie każdy przed telewizorem zrozumie doskonale wypowiedź. Próbowałem sobie wyobrazić takie zdarzenie w polskiej TV, ale jakoś ciężko było. Zaraz by "patrioci" uderzyli w dzwony utraty niepodległości, dyskryminowania klasy robotniczej... aż myśleć hadko.
2. Niedziela, jedno z kilkudziesięciu amsterdamskich muzeów, pani właśnie kończy oprowadzać francuską grupę posługując się oczywiście ich ojczystym językiem. Podchodzi do czekających pięciu osób na oprowadzenie - trzech Holendrów i dwoje Polaków - i pyta, w którym języku oprowadzać. Holendrzy odpowiedzieli, że holenderski, pozostała dwójka zasugerowała angielski. I jakie było rozwiązanie? Pani z Holandii oprowadzała całą grupę po angielsku, holenderscy zwiedzający dyskutowali z panią na różne tematy związane z interpretacją sztuki, konserwacją zabytków, utrzymaniem muzeum itp - a wszystko to po angielsku. W pewnym momencie zrobiło mi się trochę wstyd, bo trzy przypadkowe osoby zwiedzające muzeum i wolontariuszka oprowadzająca mieli większy zasób słów angielskiego ode mnie - w pewnym momencie nie rozumiałem, o czym mówili.
3. Kolega z pracy pojechał na urlop do Włoch, akurat tak nieszczęśliwie się złożyło, że jego córka tam złamała rękę. Pojechał tam do szpitala, jednak nie mógł się z nikim dogadać, ponieważ akurat ludzie zajmujący się jego córką nie posługiwali się żadnym obcym językiem. Właśnie mi niedawno o tym opowiadał, podkreślając, że w Holandii każdy mówi po angielsku (większość bardzo dobrze lub perfekcyjnie), spora część umie także francuski i niemiecki, a ci co nie umieją, to i tak w tych językach dogadają się na podstawowe tematy.
No cóż, a w Polsce telewizja wciąż z lektorami, żeby przez przypadek ktoś się nie osłuchał z angielskim :(

poniedziałek, 13 lipca 2009

Poniedziałek

Poniedziałek w Holandii, szczególnie w miejscu, gdzie mieszkam, nie jest normalnym dniem tygodnia. Mimo iż mieszkam tu od roku, to wciąż zdarza mi się, że o tym zapominam. W Polsce w większości miejsc wszystkie sklepy są czynne tak samo we wszystkie dni robocze. Jedynie niektóre muzea są zamknięte w poniedziałek. W Holandii za to w poniedziałek rano ciężko znaleźć jakiś sklep (poza supermarketami) otwarty. Spora część sklepów w poniedziałek jest otwierana dopiero koło 13:00, a część w ogóle przez cały poniedziałek jest zamknięta.
W poniedziałek rano ciężko naprawić rower czy kupić do niego brakujące części, tak samo ciężko kupić coś dla domu (poza Ikeą) czy jakiegoś ciucha, nie tak łatwo jest znaleźć coś do jedzenia na mieście. Nawet niektóre McDonaldy bywają zamknięte w poniedziałek rano :)
Drugi powód wyjątkowości poniedziałków nie dotyczy całej Holandii i dla Polaka lokującego Holandię na wyżynach cywilizacji może być dość zaskakujący. Większość ludzi tutaj mieszka w domkach szeregowych, albo małych kamienicach, które to nie mają własnych pojemników za śmieci. Śmieci się odbiera raz w tygodniu, akurat w okolicy, gdzie mieszkam, jest to poniedziałek. Już w niedzielne popołudnia pierwsze worki pojawiają się na ulicach, w niedzielę wieczór jest ich już sporawo, a w poniedziałek rano przed każdym domem jest co najmniej jeden worek ze śmieciami. W niektórych miejscach są usypane góry po kilkanaście worków, szczególnie mieszkańcy wąskich uliczek muszą swoje śmieci po prostu donieść do najbliższej ulicy na tyle szerokiej, żeby zmieściła się śmieciarka. Zdarza się, że do tych wystawionych worków dorwą się psy, koty albo mewy i porozrzucają zawartość - Holandia jest czystym krajem, poza tym jednym porankiem w tygodniu. Turysta może się zdziwić, gdy przed malowniczymi kamienicami nad kanałami w Amsterdamie w poniedziałek rano piętrzą się góry śmieci, no ale cóż - taki lokalny koloryt :)
W ogóle zwróćcie uwagę, jakiej to wymaga pamięci - w Polsce mieszkańcy bloków mogą wyrzucić śmieci o dowolne porze dnia i nocy, tutaj trzeba pamiętać - w mojej okolicy akurat o poniedziałku rano. Zapomnisz? Cóż - następna szansa już za tydzień, musisz tylko znaleźć sposób, żeby podczas cieplejszych dni nie zasmrodzić domu :)

sobota, 11 lipca 2009

Bliskość przyrody

Już w poprzednich wpisach zachwycałem się bliskością przyrody w Holandii. Na pewno to wynika także z szacunku Holendrów do zwierząt, że ptaki wodne zakładają gniazda dosłownie na wyciągnięcie ręki.
Zdjęcie obok przedstawia gniazdo łysek położone około 50 cm od brzegu wody. Każdy może tam podejść i podglądać rodziców wysiadujących jajka, a potem karmiących potomstwo. Nie trzeba żadnych kamer ani lornetek - wystarczy podejść obok i kucnąć. Podobną sytuację widziałem kilka tygodni temu w Hadze - tam tuż pod parlamentem, też poniżej metra od brzegu wody, miały gniazdo kaczki krzyżówki.
Zdjęcie jest "na czasie", ponieważ właśnie rozpoczyna się sezon, w którym małe kaczuszki opuszczają gniazda i zaczynają pływać z, a dokładniej to za rodzicami. Nieodmiennie mam skojarzenie z lokomotywą i przyczepionymi do niej małymi wagonikami :)

niedziela, 5 lipca 2009

Holenderskie imiona - dziewczęta

Ostatnio przerobiliśmy chłopców, teraz zajmiemy się najczęściej nadawanymi imionami dziewczynek w Holandii. Dane dotyczą, tak jak poprzednio, pierwszego kwartału 2009. (Aktualizacja: W późniejszych postach pisałem o najpopularniejszych imionach żeńskich w latach: 2010, 2011, 2012 i 2013).
  1. Sophie - imię pochodzące z Greki, ale znane chyba na całym świecie, oznacza 'mądrość'
  2. Emma - skrócona wersja (powstała już w średniowieczu) imion zaczynających się od 'Emin' albo 'Imin', pochodzenie prawdopodobnie frankońskie
  3. Julia - żeńska forma imienia Juliusz, jej popularność w Holandii można tłumaczyć tym, że poprzednia królowa miała na imię Juliana
  4. Lieke - skrót pochodzący od imienia Andżelika, imię szczególnie popularne w południowej Holandii, poza tym krajem prawie nieznane
  5. Sanne - znów skrót, tym razem od imienia Zuzanna (hol. Susanne), które to było szczególnie popularne w Holandii 500 lat temu
  6. Eva - znane na całym świecie biblijne imię, oznaczające 'dawczynię życia'
  7. Jasmijn - klasyczne dla anglojęzycznych krajów imię damskie pochodzące od kwiatu, popularne także w krajach arabskich, gdzie oznacza 'dar od Boga'
  8. Noa - imię hebrajskie, będące prawdopodobnie skrótem od (męskiego) imienia Noah (po polsku Noe, ten od arki)
  9. Isa - skrócona forma imienia Izabela, będącego prawdopodobnie przekręconą formą imienia Elżbieta (Elisabeth), choć różnie się tłumaczy jego pochodzenie, np. jako skrót od Izoldy (w Niemczech) albo Izaaka, gdy imię Isa nosi chłopiec
  10. Anna oraz...
  11. Anne - grecka forma hebrajskiego imienia Hanna, oznaczającego 'obdarowaną' albo 'czarującą', to chyba najpopularniejsze imię świata
  12. Lisa - skrót od imienia Elżbieta (Elisabeth), jak zwykle - hebrajskiego
  13. Lotte - charakterystyczna dla południowych Włoszech, Francji i Niemiec skrócona forma imienia Szarlota (Charlotte), pochodzącego od męskiego imienia Charles, oznaczającego mniej więcej 'facet' albo 'koleś' :)
  14. Femke - zdrobnienie typowo holenderskiego imienia Femme, którego pochodzenie nie jest do końca znane
  15. Anouk - ponoć spoufała forma francuskiego imienia Anuschka, będącego słowiańskim zdrobnieniem imienia Anna
  16. Amber - imię oznacza 'bursztyn'
  17. Sara - kolejne hebrajskie imię, oznacza 'królową' lub 'księżniczkę'
  18. Tess - skrócone imię Teresa, występujące także w formach Tes, Tesse lub Tessy
  19. Maud - angielska forma germańskiego imienia Matylda, popularnego w średniowieczu w Holandii
  20. Fleur - po francusku 'kwiat', a po polsku Flora
Ciekawostką jest to, że w latach sześćdziesiątych, kiedy to hipisi w ramach buntu przeciwko kulturze żydowsko-chrześcijańskiej nadawali dzieciom imiona niepochodzące ani z hebrajskiego, ani z Biblii, mieli bardzo wąski wybór i dlatego wtedy były dość popularne imiona pochodzące od nazw roślin (jak Jasmijn), zwierząt (np. Arend, czyli orzeł) czy kamieni szlachetnych (np. Amber, czyli bursztyn). Teraz niektóre z tych imion mają kolejną falę popularności w Holandii.

Wśród najpopularniejszych żeńskich imion w Holandii też stosunkowo niewiele przypomina znane polskie imiona, zwracają uwagę aż trzy formy imienia Anna w pierwszej piętnastce oraz ogromna ilość skróconych form znanych imion. Tak naprawdę w Holandii jest spora dowolność w nadawaniu imion i popularne imiona (takie jak Anna) występują czasem nawet w dziesiątkach różnych form. W ogóle mówienie o imieniach męskich i żeńskich może być czasem nadużyciem, bo te same imiona bywają nadawane zarówno chłopcom jak i dziewczynkom. Wiele popularnych polskich imion występuje w Holandii, choć oczywiście nie wszystkie są zbyt często spotykane. Jeden wyjątek zwrócił moją uwagę - dość powszechne w Polsce imię Magdalena praktycznie w ogóle nie występuje w Holandii.

Zobacz też:
* najpopularniejsze imiona męskie w Holandii w latach: 2009, 2010, 2011, 2012 oraz 2013 
* najpopularniejsze imiona żeńskie w Holandii w latach: 2009, 2010, 2011, 2012 oraz 2013
* nazwiska holenderskie

niedziela, 28 czerwca 2009

Holenderskie imiona - chłopcy

W Holandi dzieci dostają, tak jak w Polsce, jedno albo dwa imiona, z których niektóre bywają mniej lub bardziej popularne. Większość Polaków nie ma jednak większego pojęcia o imionach holenderskich, więc warto przybliżyć ten temat. Akurat trafiłem na zestawienie imion najczęściej nadawanych dzieciom w pierwszym kwartale 2009 w Holandii (Aktualizacja: w następnych wpisach przedstawiłem także najpopularniejsze imiona męskie w latach 2010, 2011, 2012 oraz 2013).
Zacznijmy od chłopców - ich najpopularniejsze imiona z opisami:
  1. Ruben - hebrajskie imię, które ma oznaczać "widzieć syna", w Biblii Ruben był najstarszym synem Jakuba, to on właśnie uratował swojego brata Józefa, kiedy to pozostali bracia chcieli go zabić
  2. Lars - bardzo popularne skandynawskie imię (szczególnie w Norwegii), jest tamtejszą formą imienia Lawrence/Laurentius i oznacza 'człowieka z Laurentum', starożytnego miasta we Włoszech
  3. Sem - to także imię hebrajskie oznaczające 'miano', najstarszy syn Noego miał właśnie na imię Sem i był założycielem ludu zwanego potem Semitami
  4. Daan - skrócona wersja imienia Daniel, które w większości krajów świata nie jest skracane, to także hebrajskie imię, oznaczające 'bóg jest moim sędzią', jeden z czterech proroków Starego Testamentu miał na imię Daniel
  5. Thomas - aramejskie słowo oznaczające bliźniaka, Tomasz był jednym z apostołów ("niewierny Tomasz")
  6. Lucas - pochodzenie imienia Łukasz nie jest jasne, prawodpodobnie wywodzi się z Greki albo Łaciny, także jeden z apostołów
  7. Tim - skrócona forma imienia Tymoteusz wywodzącego się z Greki i oznaczającego "czcić Boga"
  8. Finn - tradycyjne irlandzkie imię, ale być może wywodzi się także ze Skandynawii, co ciekawe poza Holandią jest to tylko i wyłącznie imię męskie, natomiast w Holandii także dziewczynki mogą mieć na imię Finn - traktowane jest to wtedy jako skrócona forma imienia Józefina
  9. Jesse - pochodzenie imienia niejasne (prawdopodobnie herbajska etymologia), to także biblijna postać - syn Obeda i ojciec Dawida, późniejszego króla Izreala, teraz poza Holandią i USA to rzadko spotykane imię
  10. Jayden - chyba najmłodsze imię tego zestawienia, bo pochodzi z 1993 (!) roku, prawdopodobnie z USA, jego popularność w Holandii to pewnie chwilowa moda spowodowana amerykańskimi produkcjami filmowymi i muzycznymi
  11. Milan - słowiańskie imię, popularne w Jugosławii i Czechach (słynny Milan Kundera)
  12. Levi - w tej chwili większość ludzi kojarzy to imię z dżinsami, ale jest to także hebrajskie imię, Lewi syna Jakuba i Lei dał początek Lewitom
  13. Thijs - imię tylko holenderskie, nieznane nigdzie indziej, prawdopodobnie jest skróconą formą imienia Mateusz
  14. Stijn - kolejne typowo holenderskie imię, skrócona forma imienia Augustyn
  15. Sven - skandynawskie imię, w staronorweskim oznaczało 'młodzieńca'
  16. Bram - typowo holenderskie skrócone imię pochodzące od Abrahama
  17. Luuk - skrócona forma imienia Lucas, czyli Łukasz
  18. Julian - angielska forma łacińskiego imienia Juliusz
  19. Max - kolejny skrót, tym razem od imienia pochodzenia łacińskiego Maksymilian
  20. Jan - imię występujące w Niemczech, Anglii, USA, Holandii, Czechach i oczywiście w Polsce, także pochodzenia hebrajskiego
Jak widzimy, dominują tutaj skrócone formy znanych imion, co ciekawe z pierwszej piętnastki jedynie dwa imiona są jako tako podobne do polskich (Thomas i Lucas), cała reszta jest raczej w Polsce nieznana.
Oczywiście to są imiona nadawane w tym momencie dzieciom w Holandii, a tutaj jak w każdym kraju są sezonowe mody na poszczególne imiona, wśród 20-30-latków w Holandii dość często pojawiają się imiona Bastiaan, Jasper, Jeroen, Roy czy Sander oraz wszystkie formy imienia Marek (Mark, Marc i Marcus), które teraz jednak nie są za często nadawane.
W następnych odcinkach: imiona dziewczynek, podsumowanie wpisów o imionach, a później: holenderskie nazwiska.

Zobacz też:
* najpopularniejsze imiona męskie w Holandii w latach: 2009, 2010, 2011, 2012 oraz 2013 
* najpopularniejsze imiona żeńskie w Holandii w latach: 2009, 2010, 2011, 2012 oraz 2013
* nazwiska holenderskie

wtorek, 23 czerwca 2009

Więzienia - porównanie Polski i Holandii

No tym razem nie opiszę swoich doświadczeń, nie byłem w więzieniu ani w Polsce ani w Holandii, ale mogę posłużyć się prasą, żeby opisać zdecydowane różnice pomiędzy tymi dwoma krajami. Zacznijmy od niedawno opublikowanego raportu, który podaje, że Polska ma najwięcej więźniów w Unii Europejskiej w liczbie bezwzględnej - nawet tak duże kraje jak Francja, Niemcy czy Hiszpania, mają dużo mniej więźniów od nas. W całej UE w więzieniach było 607 tysięcy osób, z czego w Polsce najwięcej, bo aż 90200, czyli 15%. Niby te liczby nie robią wrażenia, ale warto porównać liczbę więźniów na 100.000 mieszkańców - dla Polski mamy 228, dla Niemczech 93, Francji 95, a dla Holandii 99. Tu już różnica jest bardzo widoczna. Polska widocznie jest bardzo bogatym krajem, skoro może sobie pozwolić na utrzymywanie tylu więźniów, nie mówiąc o milionach emerytów, rencistów i rolników :( Całe szczęście są kraje gorsze niż Polska, chyba najbardziej policyjny reżim świata to USA, gdzie na 100.000 mieszkańców jest 758 więźnów.
Całość zbiegła się z zupełnie innym doniesieniem prasowym o tym, że Holandia zamyka więzienia. Bardzo polecam przeczytanie tego artykułu, choć niestety czytelnikowi w Polsce może być przykro, że od cywilizacji dzielą go lata świetlne. Otóż w Holandii liczba przestępstw tak się zmniejszyła, że władze tego kraju musiały zamknąć osiem więzień. I co ciekawe - spadek liczby przestępstw jest wynikiem _łagodnego_ prawa oraz systemu nadzoru i resocjalizacji przestępców. Większość władców Polski jest wyjątkowo ograniczona, czego doskonałym przykładem jest pan Ziober, który jest zwolennikiem zaostrzania kar, mimo iż wszyscy wiedzą, że wysokość kary nie ma prawie żadnego związku z częstotliwością jej popełniania. Od razu widać, że to ślepa uliczka, jednak Ziober nie gęś i swój rozum ma. Takie przekonania były dość popularne w Europie jakieś 30 lat temu, więc wyraźnie widać, że zapóźnienie cywilizacyjne Polski (i pana Ziobry) w stosunku do Europy liczy się w dziesięcioleciach.
No ale wracając do tematu bloga - Holandia, mimo iż jest dość bogatym krajem, postanowiła wynajmować więzienia Belgom i, pomijając wszelkie społeczne korzyści, jeszcze dodatkowo zarobić na spadku przestępczości. W Polsce za wiele przestępstw dostaje się bardzo duże wyroki, jak 12 czy 15 lat, ale i tak prawie nikt ich nie odsiaduje. Wymiar prawa w Polsce jest tak kulawy, że ludzie z nastoletnimi wyrokami normalnie funkcjonują i żyją i mają małe szanse trafienia za kratki. W Holandii za to dużą karą są już dwa lata więzienia, ale ta kara jest nieuchronna. Poza tym po wyjściu delikwenta z więzienia rozpoczyna się kooperacja sądu, policji i władz lokalnych, które mają na celu przypilnowanie, że po odsiadce ma on gdzie mieszkać, szuka pracy i nie zejdzie ponownie na manowce. Bardzo często w Holandii w ogóle odstępuje się od wymierzenia kary więzienia, dla początkujących przestępstów wystarczają prace społeczne.
Podobne podejście do więźniów ma jeszcze Skandynawia i Niemcy oraz Austria, jakoś dziwnie dość dobrze pokrywa się to z zasięgiem wyznań protestanckich w Europie. No ale oczywiście zbieżność jest na pewno całkowicie przypadkowa, prawda? :)
Takie porównania Holandii i Polski dla czytelnika znad Wisły są niestety dość bolesne, w Polsce politycy wciąż szukają agentów albo rozpoczynają krucjatę mającą na celu ratowanie zamrożonych zarodków, których to krzyk przeszkadza im spać (na pewno panu Gowinowi), za to jakoś tolerują tysiące pijanych kierowców każdego weekendu (tysiące złapanych, faktycznie jeżdżą chyba dziesiątki tysięcy pijaków) i mają gdzieś naście ofiar dróg każdego dnia i ich rodziny, najważniejsze są zarodki i agenci, prawda?

sobota, 20 czerwca 2009

Tornister na fladze

Wiem, tytuł jest bardzo niejasny, ale tak samo niejasny był widoczek, który można było zobaczyć w Holandii w ostatnich dniach - w niektórych oknach pojawiły się flagi, na których to wisiały plecaki. Oczywiście przykładowe zdjęcie tego zjawiska podesłałem do Femke (Femke to popularne imię żeńskie w Holandii, a nie nazwa instytucji albo czasopisma ;)), która to najczęściej mi tłumaczy zawiłości holenderskie. Femke bardzo się cieszy, gdy może mi pomóc, więc zaraz mi wyjaśniła kolejny kamyczek z ogródka holenderskiej kultury.
I co się okazało? Otóż flagę z plecakiem wywieszają za okna uczniowie kończący szkołę średnią. W Holandii jest dość skomplikowany system edukacji, różne są szkoły średnie, więc te dzieciaki są także w różnym wieku, ale najczęściej mają od 16 do 18 lat. Kończą tradycyjną szkołę i zdają egzamin, który częściowo jest odpowiednikiem polskiej matury.
A co potem? Spora część idzie wkrótce do pracy, zresztą niektórzy już wcześniej pracowali. Niewielka naprawdę część kontynuuje naukę w trybie dziennym dość powszechnym w Polsce. Większość będzie się douczać pracując. Dzieci tu są najszczęśliwsze na świecie, ale dość wcześnie zaczynają pracę. Może po prostu nie mają czasu, żeby wymyślać sobie zmartwienia i problemy? :)
Zwróćcie także uwagę na ich stosunek do flagi narodowej. W Polsce jakoś nie wybrażam sobie maturzysty wywieszającego flagę narodową za oknem, tym bardziej z plecakiem. Po pierwsze wieszać flagę jest obciach, a po drugie plecak by zaraz ukradli :) Poza tym do niedawna w Polsce wieszanie flagi poza trzema dniami do roku (2, 3 maja i 11 listopada) było przestępstwem... a może wciąż tak jest?

wtorek, 16 czerwca 2009

Haga

Haga mnie bardzo rozczarowała - nie jest to typowe stare holenderskie miasteczko, w sumie poza parlamentem i Mauritshuis (muzeum) nie ma tam nic do zobaczenia :) W okolicy są przepiękne Delft i ładna Leida, więc nie jest tak źle.
Za to jedna rzecz mnie zdziwiła w Hadze. Pisałem już, że Haarlem ma mini-zoo w samym centrum, ale to małe miasto, nie spodziewałem się czegoś podobnego w Hadze, która jest dość międzynarodową metropolią. A właśnie w samym centrum Hagi, tuż koło dworca głównego, zostało zrobione zdjęcie obok. Na ogrodzonym terenie są dwa rodzaje jeleniowatych, króliki czy zające i mnóstwo ptactwa wodnego. Ptaki tam mają swoje gniazda dosłownie na wyciągnięcie ręki. W fosie otaczającej ogród kotłują się olbrzymie karpie - takich wielkich w Polsce nie widziałem!
Haga przez długi czas była chyba "największą wsią Europy" - osada została założone w XIV wieku i szybko się rozwijała, ale ze względu na brak murów miejskich, nie dodstała praw miejskich. Nie przeszkadzało to Hadze być przez kilkaset lat aż do teraz siedzibą władz Niderlandów. Dopiero w 1815 Napoleon Bonaparte naprawił tą zaszłość i nadał oficjalnie Hadze prawa miejskie.
Na koniec taka ciekawostka - Holendrzy w ogóle nie jedzą karpii i nie rozumieją, jak w Polsce można jeść ozdobną rybę, przecież to niejadalne jest :) Karpii tu jest dużo - jako ryby ozdobne w stawach w centrum miast oraz w specjalnych stawach, gdzie wędkarze mogą się popisać złowieniem oooolbrzymiej ryby, którą po sfotografowaniu oczywiście wypuszczają z powrotem do wody.

piątek, 12 czerwca 2009

Nijmegen Vierdaagse

Czterodniowe marsze, o których pisałem ostatnio, narodziły się na początku XX wieku, najpierw jako czysto wojskowe przedsięwzięcie, z symbolicznym tylko udziałem cywilów, jednakże z czasem impreza stawała się coraz mniej militarna. Warto jednak podkreślić, że wciąż biorą w nich udział żołnierze z całego świata. Najbardziej oblegane i największe są marsze organizowane w Nijmegen. Nie mają one w nazwie słowa 'avond' oznaczającego wieczór, więc zajmują one cztery całe dni. Trasy z reguły mają od 20 do 50 km długości, co jak na zwykły marsz może być wyczynem dla wielu osób.
Marsze w Nijmegen cieszyły się taką popularnością, że w 2004 roku wprowadzono górny limit ilości uczestników - 47.000! Oczywiście limit nie dotyczy pani Annie Berkhout z Voorgurga, która jest absolutną rekordzistką finiszując 66 razy w marszach w Nijmegen. Tak ogromna ilość ludzi wymusza skomplikowaną logistykę, choćby takie ułożenie trasy, żeby w żadnym miejscu nie dochodziło do korków. Ze względu na ilość uczestników są to zdecydowanie największe marsze na świecie.
Najbardziej pamiętny będzie marsz z 2006 roku (dziewięćdziesiąty z kolei, od początku imprezy), który trwał tylko jeden dzień. Panowały wtedy niespotykane w Holandii upały, z powodu których niezliczona ilość ludzi trafiła do szpitala, dwóch uczestników umarło z gorąca pierwszego dnia, więc podjęto decyzję o zakończeniu marszy przed czasem.
W marszach w Holandii startują głównie dzieci z towarzyszącymi im rodzicami i nauczycielami, często też całe rodziny, natomiast impreza w Nijmegen jest wyjątkowa z powodu dużej liczby uczestników z całego świata. Co ciekawe, bardzo duży odsetek ludzi kończy marsze dochodząc do mety, przykładowe liczby z roku 2008: zarejestrowało się 43.450 ludzi, z czego ok 5000 nie zgłosiło się na start, po drodze odpadło tylko niecałe 3500, więc do mety doszło aż 35.000 ludzi z 24 krajów - wszyscy oni dostali oficjalne holenderskie odznaczenie - krzyż czterodniówki - wojskowi i skauci mogą go nosić na mundurach.
Marsze w Nijmegen mają sporą oprawę, często otwarcie ich jest bardzo uroczyste. Zdjęcie powyżej, znalezione na serwisie flickr, właśnie pokazuje kadr z otwarcia :)

środa, 10 czerwca 2009

Avondvierdaagse - wieczorna czterodniówka

Niedawno stuknął mi roczek pobytu w Holandii i już sądziłem, że niewiele zdoła mnie zadziwić. Jednakże zaskoczenie moje sięgnęło zenitu wczoraj, gdy ni stąd, ni zowąd, zobaczyłem niekończący się pochód ludzi spacerujący wieczorem przez miasto. Dominowały tam dzieci, ale najczęściej towarzyszyli im rodzice. Po prostu szli, wszyscy w jednym kierunku, żadnych transparentów, okrzyków. Pochód był dość długi, akurat w miejscu, gdzie go widziałem, ludzie szli dokładnie godzinę, od 18:00 do 19:00.
Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie dopytał się w pracy, co to za okazja. Większość nie kojarzyło żadnego specjalnego wydarzenia, ale jak opowiedziałem o niekończącym się pochodzie, to od razu odpowiadali: avondvierdaagse, co można przetłumaczyć jako "wieczorna czterodniówka". A co to takiego jest? Hmmm, w największym skrócie - co roku Holendrzy się umawiają i cztery wieczory pod rząd chodzą sobie po swoim kraju z góry ustalonymi trasami.
Zdjęcie pożyczyłem z serwisu flickr.com, w następnym wpisię opiszę historię avondvierdaagse oraz opowiem o największym spacerze świata, odbywającym się właśnie w Holandii.

niedziela, 31 maja 2009

Cmentarz dziecięcy

Już wcześniej pisałem o cmentarzu, ale nie zamieściłem żadnego zdjęcia. To zdjęcie (obok) z kwatery dziecięcej opisywanego cmentarza, nagrobek na nim nie jest jakiś wyjątkowy - wiele grobów jest udekorowanych zabawkami, lalkami, pojawiają się też często lampiony, które są bardzo popularnym motywem w całej w Holandii.
Nasza kultura jest inna, trochę nie wyobrażam sobie takiego nagrobka w Polsce - na drugi dzień jedna połowa rzeczy byłaby rozkradziona, a druga zdemolowana. Inna sprawa, że w kraju, który tak walczy o życie poczęte, trumienki z dziećmi często chowa się bezimiennie w rodzinnych grobowcach, upycha wstydliwie w kątach cmentarza, jeśli w ogóle ksiądz łaskawie zgodzi się na pochowanie dziecka, które przypadkiem nie dożyło chrztu :(
Pewnie każdy ma swoje zdanie na ten temat, ale do mnie zdecydowanie bardziej przemawia postawa Holendrów. Nawet te kiczowate zabawki nie rażą tak bardzo na cmentarzu dziecięcym.

wtorek, 19 maja 2009

Śmiertelność niemowląt

Dziś będzie poważnie. W poprzednim wpisie o rodzeniu pisałem, że Holandia ma bardzo wysoki wskaźnik śmiertelności niemowląt. Czy jest to spowodowane rodzeniem w domu? Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa, zwolennicy każdej z opcji mają dużo "niezbitych" argumentów, ale jakoś wciąż brakowało konsensusu i wniosków.
W badaniach obejmujących kraje UE (lub prawie UE) Holandia z reguły plasowała się w trzech ostatnich miejscach (poniżej Polski) - to niezbyt chwalebne miejsce dla kraju, który w wielu statystykach jakości życia zajmuje niezmiennie miejsce w czołówce. Na pewno ważnym argumentem jest to, że Holendrzy nie oszukują - każde dziecko, które urodziło się żywe, było wliczane do statystyk, a wiele krajów (np. Anglia) wyłączało ze statystyk śmiertelności niemowląt wcześniaki i dzieci z ciąż zagrożonych, co jest dość istotnym zafałszowaniem prowadzącym do podwyższenia swojego miejsca w rankingu.
Żeby wyjaśnić zaskakująco niską pozycję Holandii i potwierdzić lub ukrócić przypuszczenia, że poród w domu jest zagrożeniem dla życia i zdrowia dziecka, przeprowadzono niedawno przekrojowe badania na szeroką skalę, które objęły ponad pół miliona rodzących kobiet w Holandii - to naprawdę dużo na kraj liczący tylko 16.500.000 mieszkańców. I co wykazały badania? Otóż kobiety rodzące w domu mają dokładnie takie same ryzyko utraty dziecka podczas porodu w porównaniu do kobiet rodzących w szpitalu, a także jest takie samo ryzyko trafienia dziecka na intensywną terapię w pierwszych tygodniach życia. Przy okazji wyniki podają ciekawe informacje: około 30% kobiet rodzących w Holandii wybiera poród w domu, dużo więcej niż w jakimkolwiek innym europejskim kraju, a typowa rodząca w domu jest rodowitą Holenderką, rodziła już wcześniej, nie jest nastolatką i ma wyższe wykształcenie.
Raport podaje, że rodzenie w domu jest bezpieczne, natomiast nie do końca wyjaśnia przyczynę dużej ilości zgonów niemowląt, wskazuje natomiast na czynniki, które być może są przyczyną tego zjawiska, ale wykraczały poza przedmiot badań: kobiety w Holandii mają mniej obowiązkowych badań niż w innych krajach, holenderscy neonatolodzy niezbyt chętnie ratują za wszelką cenę ciężko chore dzieci, ponadto średni wiek rodzących kobiet należy do najwyższych w Europie (po Irlandii i Hiszpanii) - 20% rodzących kobiet w Holandii ma ponad 35 lat. Ważną informacją też jest to, że kobiety z mniejszości etnicznych mają o 40% większą szansę utraty dziecka od białych Europejek, a Holandia jest naprawdę wielokulturowym i wieloetnicznym krajem.
Czy was przekonały te badania? W Polsce poród w domu zawsze kojarzył mi się z patologią albo skrajnym dziwactwem, w Holandii jest dokładnie na odwrót - dojrzałe i wykształcone białe kobiety rodzą w domu. Wiem, że rodzić nie będę, ale przypuszczam, że dla kobiety z Polski to może być naprawdę niełatwa decyzja, czy wybrać tradycyjnie - szpital, czy też dołączyć do wyższych warstw białego społeczeństwa i rodzić w domowych pieleszach.
Zdjęcie towarzyszące temu wpisowi zostało zrobione na cmentarzu dla dzieci. Opisywałem go już jakiś czas temu, ale przybliżę go też nowym czytelnikom w następnym wpisie.

piątek, 15 maja 2009

Rodzenie dzieci

Z przyczyn oczywistych nie opiszę swoich doświadczeń związanych z rodzeniem, ale za to mogę podzielić się informacjami o tym, jak to wygląda w Holandii. Na początek informacja o zdjęciu obok - Holendrzy czasem przystrajają swoje okna, najczęściej w przypadku urodzin któregoś z domowników, ale może to być też przejście na emeryturę, pierwszy dzień szkoły czy inna okazja. Z reguły wiszą na oknie literki tłumaczące, co ważnego się wydarzyło w tej rodzinie. Na zdjęciu obok właśnie okno domu, w którym niedawno urodziło się dziecko. Pod bocianem jest napis "hurra, dziewczynka, Daisy".
Prawdopodobnie pisałem już o tym wcześniej - w Holandii znacząca część porodów odbywa się w domu. Co ciekawe, emigrantki niezależnie od koloru skóry rodzą najczęściej w szpitalach, więc praktycznie całą normę wyrabiają głównie Holenderki. Pytałem paru kolegów o to i akurat oni byli urodzeni w domu i twierdzą, że o ile nie będzie medycznych przeciwskazań, to też by chcieli, by ich żony rodziły w domu, no ale to pewnie nie oni tu mają decydujący głos :)
Co ciekawe, w Holandii kobieta może przejść całą ciążę i poród i ani razu nie zobaczyć lekarza - cała opieka nad ciężarnymi i odbieranie porodu spoczywa na specjalnej grupie pielęgniarek, które można określić polskim słowem położne, aczkolwiek to słowo nie oddaje dokładnie ich profesji. One to bowiem prowadzą całą ciążę, a potem najczęściej odbierają poród, po którym jeszcze uczą zajmować się dzieckiem.
W następnym wpisie będzie o bardzo kontrowersyjnym zjawisku dotyczącym porodów w Holandii - bardzo wysokiej śmiertelności niemowląt. Czy ma to związek z rodzeniem w domu?